piątek, 8 listopada 2013

Rozdział III : Ty nie jesteś Martín, ty jesteś...

Ruszyłam pędem przed siebie potrącając przechodzących ludzi. Chciałam zapaść się pod ziemię. Takie że rzeczy dzieją się tylko w telewizji. To jakieś realityshow? Czekałam aż ktoś wyskoczy z kamerą i krzyknie "Wkręciliśmy Cię!!"
- Ej, zaczekaj! -doganiał mnie. Nic dziwnego, w szpilkach ciągle się potykałam.
Złapał mnie mocno za nadgarstki. stanęłam, odwróciłam się do niego i wykrzyczałam przez łzy
- Martín Rodrigéz? MARTÍN?! Czy może kur*a Francisco Alarcón ?! CO?! Odpowiedz mi ISCO!
Nie był w stanie popatrzeć mi w oczy.
-Cały czas mnie okłamywałeś! Nigdzie nie studiujesz, nie ma  żadnej pier**onej psychologii, wszystko to co mi mówiłeś było kłamstwem! Tak łatwo Ci to przyszło?! Super, pier*ol się.

Ruszyłam w stronę metra zostawiając go samego. Ludzie z ciekawością przyglądali się jak łzy spływają mi po policzku. Pokochałam to miasto, a on wszystko zrujnował. Wyjadę stąd, sprzedam mieszkanie, albo przeniosę się gdzie indziej. Nie mogłam uwierzyć, że mnie okłamał, że chłopak, z którym gadałam co wieczór był moim idolem, który grał w Realu, to nie mieściło się w głowie, to było śmieszne. Fajnie, że chociaż on dobrze się bawił. Większość dziewczyn, które uświadomiłyby sobie, że chłopak, którego kochają jest zawodnikiem ich ulubionego klubu piszczałyby z radości, ja kolejny raz zostałam oszukana. Nie miałam powodu do szczęścia. Przed oczami cały czas widzę to jak zdejmuje kaptur, okulary i patrzy na mnie wyczekując reakcji. Chcę zadzwonić do Javiera i zacząć wszystko od nowa, może to impuls. Jednak tego nie robię. Wyciągam kieliszek, lampkę wina i oglądam angielską ligę.
Dzwonek do drzwi. Jeden. Drugi. Trzeci. Piąty. Pukanie. Coraz silniejsze. Coraz mocniejsze. Przerodziło się w walenie do drzwi. Nie mam zamiaru z nim rozmawiać, najchętniej zrzuciłabym go z okna. Słyszę jak krzyczy, że nie ruszy się stąd póki mu nie otworzę.  Mam go w dupie, tak jak on miał moje uczucia. Siedzi pod drzwiami całą noc do 11.00, bo musi zjawić się na treningu.

Cały dzień chodziłam w dresie, nie  miałam ochoty nigdy wychodzić. Czytałam książkę, kiedy znów usłyszam dzwonek, drugi, piąty, dwunasty. Znów rytmiczne walenie w drzwi. Jest mi to obojętne. Wieczorem siadłam w salonie i zaczęłam kończyć książkę i włączyłam hiszpańskie radio. "Tego wieczoru możecie wygrać bilety na mecz Real Madryt- Real Betis! Wystarczy wysłać smsa ze swoim imieniem po numer 55852 i napisz nam lata, w których Real wygrał Ligę Mistrzów"
Złapałam za telefon, wystukałam 9 roczników z prędkością światła i wysłałam. Leżałam na kanapie głową do dołu oczekując na wyniki.
" Wyniki konkursu zaraz po piosence Ellie Gouling- I know you care".
 Kocham tą piosenkę, ale z drugiej strony mogłaby trwać 20 sekund, chciałabym wiedzieć czy tego wieczoru mam płakać ze szczęścia czy chodzić zawiedziona.
- "Mamy rozwiązanie konkursu...bilety na mecz otrzymuje Julía Gonzaléz z Madrytu, gratulujemy!"
Ręce zaczęły mi się telepać, serce mało nie wyskoczyło, a ja zaczęłam ryczeć jak bóbr. Nie wierzę, idę na mecz, zobaczę Bernabeu, zobaczę mój kochany Real, najlepszą drużynę świata! Mój Real, moje życie, mój dom.  Krzyczę, piszczę, płaczę, nie wiem co się ze mną dzieje. Mam otwarte drzwi balkonowe, pewnie wszyscy sąsiedzi to słyszeli, nie obchodzi mnie co pomyślą. Zaraz zadzwoniłam do rodziny i przez łzy zaczęłam opowiadać o tym co stało się 5 minut temu.
- Gratuluję, do zobaczenia w sobotę - usłyszałam zza okna.
 No tak, on też musiał to słyszeć. Zamknęłam drzwi balkonowe z impetem nie zaszczycając go nawet jednym spojrzeniem.


Piątek, 5.40 rano
Stoję przed lustrem, opieram się o umywalkę. Kim jesteś Julío?- pytam samą siebie. Jesteś dzieciakiem w ciele 20-latki. Płaczesz i zawodzisz się na ludziach dokładnie tak samo, kiedy miałaś 8 czy 15 lat. Maluję kreski eyelinerem, czeszę włosy, maluję rzęsy, wchodzę do mojej cudownej kuchni i robię szarlotkę. Kiedy ta piekła się w piecu, wyciągnęłam telefon, stanęłam przy oknie obserwując jeszcze uśpioną stolicę i wybieram numer do Andresa. W drugiej ręce trzymam duży kubek z mocną kawą.
-Andres?
- Hej, sądziłem, że oddzwonisz jeszcze tego samego dnia
-Przepraszam, nie za dobrze się czułam a potem miałam spotkanie z panem frajerem 
 Ok, luz
- To co chciałeś?
- Zadzwoń do Javiera
-Co? Po co?
- On się zmienił, jest taki jak wtedy, kiedy go poznałaś, on chce zacząć od zera z tobą.
- Hahahaha żartujesz? Przecież on mnie nienawidzi, unika na każdym kroku i gdyby nie to, że poszedł by do pierdla, to by mnie zabił.
-Nie przesadzaj- skończył.
- Andres, nie ma mowy. Miłego dnia.
Rozłączyłam się. Co by było, gdybyśmy się nawet zeszli? Nie wrócę do Brazylii, on nie przyjedzie do Madrytu. A co jeśli znowu będę przez niego cierpieć? Dalej jest mi bardzo bliski, znam go jak nikt inny, jest nadal wyjątkowy dla mnie. Jestem głupia...
Czas poszukać sobie pracy. Jutro idę na mecz, postaram się zrobić coś w tym kierunku w niedzielę czy poniedziałek.
Ubieram się w czarne rurki, t-shirt i wysokie szpilki, idę do klubu, jest weekend. Nie znam tu za wiele osób, głupio jest mi iść samej, ale w końcu nie mogę znać tylko starszej pani od zupy, która dała mi przepis i Juana, który mieszka na moim osiedlu i Isco.
Upijam się. Nigdy nie wlewałam w siebie alkoholu, żeby zapić smutki, z trudem odnajduje drogę do mojego mieszkania. Szukam w torebce kluczy, otwieram drzwi, zrzucam ubrania kładę się spać. To dziwne, nigdy nie lubiłam zabawy w klubach, gdzie w łazienkach uprawiają seks, zdesperowani faceci piją alkohol, a dziewczyny wyglądają jak dziwki.

Dzień meczu. Nosi mnie normalnie po całym mieszkaniu, mam ochotę popłakać się z radości. Znowu. Cudowne uczucie. Dla zabicia czasu sprzątam mieszkanie, oglądam telewizję, wychodzę na zakupy. 18.00 ubieram się w Królewską koszulkę, serce przyśpiesza, tętno wzrasta, ręce dygoczą. Nigdy nie byłam taka szczęśliwa. Robię makijaż i wychodzę ponad godzinę przed pierwszym gwizdkiem. Ludzie w metrze uśmiechają się do mnie, kiedy widzą białe barwy, mam ochotę zacząć im opowiadać w jak niezwykły sposób wygrałam bilety. Przesiadam się na linię 10, Estación de Santiago Bernabéu. 
Moja ulubiona linia ever.

Stoję przed stadionem w osłupieniu robię 200 zdjęć samego Bernabeu na zewnątrz. Madridiści mają ze mnie niezły ubaw, ale wiem, że na pewno to rozumieją. Wchodzę zajmuję miejsce i płaczę. Jestem w domu, naprawdę tu jestem. Poznaję 12 osobową grupkę kibiców, którzy są naprawdę genialni i razem komentujemy mecz. Blancos wychodzą na murawę, płaczę jeszcze bardziej. Boże, jakim ja jestem mięczakiem.
Cały stadion wybucha! Karim Benzema! - skandujemy. Ciarki zawładnęły moim ciałem. Napawam się każdą sekundą bycia tutaj, oddychania tym samym tlenem, którym oddychają moi idole. Remis 1:1, gramy naprawdę dobry mecz, ponad 80 tysięcy kibiców wyczekuje zwycięskiej bramki
- ISCO!!!! Bernabeu wybucha ponownie. Nie czuję tego, że TEN Isco, to ten sam idiota, którego znam, serio. Tak jakbym miała to wymazane z pamięci, uwielbiam go jak dawniej. Śpiewamy, rozmawiamy o meczu, dopingujemy.
 Isco celebruje bramkę serduszkiem, podbiega do mojej trybuny i przyglądamy się sobie przez chwilę. Zaraz chłopcy rzucają się na niego i razem się cieszą. Ta bramka byłą dla mnie, była dla mnie...Może to wszystko mi się wydaje? Mecz, on, bramka. Może to sen? Kiedy się obudzę?
 Nie czuję gardła, jutro nie będę w stanie powiedzieć ani słowa, ale co tam, to najlepszy powód do zdarcia gardła. Mecz kończy się 2:1, nie jestem smutna, wiem, że jeszcze nie raz tu przyjdę, tylko muszę poszukać pracy.

Na mojej lustrzance znajduje się 2 tysiące zdjęć. Naprawdę.
Będę je zgrywała wieczność- zaśmiałam się pod nosem.
Pożegnałam się z moimi białymi przyjaciółmi, wymieniliśmy się numerami i ruszyłam przed siebie.
Ktoś biegnie, nie odwracam się. Czuję, że ktoś energicznie łapie mnie za rękę, czuję ciepły oddech na swojej szyi.
- Co chcesz?- nie muszę się odwracać, wiem że to on.
- Rozmowy.
- Zostaw mnie- mówię beznamiętnie
- Daj mi 5 minut, jeśli Cię nie przekonam, to obiecuję, że zabiorę się z Twojego życia.
Cisza.
- To jak?
- 4:59, 4:58...
 - Nie chciałem Cię oszukać. Nie miałem takiego zamiaru. Myślałem, że od początku wiesz kim jestem, ale potem mówiłaś o Isco, o transferach, nie rozpoznałaś mnie, świeczki do końca nie zdradziły jak wyglądam.  Nie widziałaś mnie zbyt dobrze, co było plusem dla mnie, a wiesz czemu? Bo bałem się, że będzie jak zawsze. Że zakocham się w Tobie, a Ty będziesz widzieć tylko moje pieniądze i nazwisko jak wszystkie moje byłe dziewczyny.
Zapadła cisza.
-Wiem, że zachowałem się jak egoista jak skończony dupek uciekając przed odpowiedzialnością, ale chciałbym, żebyś też zrozumiała moje położenie. Od kiedy zaczynałem grać w piłkę i wskakiwałem na coraz wyższe szczeble dziewczyny mogły się pochwalić, że ich chłopak gra w Valencii, Maladze, że ma skoro kasy, fajny samochód i na urodziny dostają od niego drogie naszyjniki czy kolczyki. Ty jesteś inna, widzisz we mnie mnie, a nie nazwisko czy kasę. Nie chciałem,  żebyś straciła do mnie zaufanie, które ciężko budowałem od początku naszej znajomości ze względu na to, że jesteś nieufna przez to jak życie dało Ci po dupie. Przepraszam...
-3, 2, 1...zero.- wyszeptałam.
Spuścił głowę i ruszył przed siebie.
- A kto powiedział, że Ci nie wybaczam? Prostu lubię liczyć po hiszpańsku.
Oboje zaczęliśmy się śmiać. 
- Podobała się bramka?
- Nie, była okropna. Nie wiem dlaczego kibice na Bernabeu tak cię kochają kretynie, chociaż ostatecznie jesteś całkiem niezły.
- Niezły?- podniósł jedną brew i szeroko się uśmiechnął
- W PIŁCE!
- Ja to odebrałem dwuznacznie- roześmiał się i ruszyliśmy do domu.

 Madryt nocą ♥

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz