środa, 11 grudnia 2013

Rozdział 7: Gdzie jedziemy?!

Środa godz. 7.15
Kiedy się malowałam zadzwonił telefon. To on.
- Dzień dobry, pomóc w czymś?
- Witam, mogę do ciebie wpaść?- zaproponował.
- Jasne, wbijaj. Jesteś już po śniadaniu?
- Nie, a czemu pytasz?
- To dobrze. No nic, chodź to się dowiesz.
Otworzyłam drzwi. Cudownie się uśmiecha, make my day.
- Masz coś dla mnie?- spytał i pocałował mnie w policzek na powitanie.
- Tak, pyszne tosty z owocami, są w kuchni, weź sobie.
- Nie zjesz ze mną?
- Już jadłam, poczekaj, jeszcze uczeszę włosy.
- One już są piękne- powiedział opierając się o futrynę łazienkowych drzwi.
- Nie czaruj mnie, tylko idź jedz, bo wystygną - uśmiechnęłam się szeroko.
Po chwili dołączyłam do niego, wzięłam kubek kawy i oparłam się o blat.
- Idziesz dzisiaj na mecz?
- Ja? Gdzie?
- No na Bernabeu- powiedział jakbym była tam zraszaczem, jakbym musiała tam być.
- Żartujesz? Ja jeszcze nigdzie nie pracuję. Jak zacznę zarabiać na bilety, to będę mogła cię wspierać z trybun w każdym domowym meczu - powiedziałam od tak.
- Ej, przecież skoro mnie znasz, to bilet jest zbędny.
- O nie, nie! Nie Isco, albo sama zarabiam na bilet, albo nie idę wcale, nie ma żadnych ulg.
- Przesadzasz, no chodź.
- Mi dobrze oglądać mecz z salonowej kanapy i tu i tu jestem takim samym madridistą.
- No proszę- wzrok szczeniaczka? Kurde, na to akurat można mnie nabrać, nie zaprzeczę...
- Isco, nie i tyle.
Wyciągnął z kieszeni szarej bluzy wejściówkę, położył na stole i powiedział:
- Ale dziś zrób wyjątek.
- Nie lubię cię- posłałam mu spojrzenie wściekłego dobermana i wzięłam bilet do ręki.
- Ja ciebie też- przytulił mnie i zaczął szykować się na trening.

O 20.00 zaczął się mecz. Kocham tą atmosferę, ludzi, którzy są moimi braćmi i siostrami, Isco załatwił mi miejsce tuż przy ławce rezerwowych, także taki Zidane był 2-3 metry niżej niż ja. Umieram ze szczęścia. Pada pierwsza bramka w 15 minucie, to Isco, ten chłopak spod Malagi, ten nowy transfer, ten geniusz, to nie ten Isco, z którym się spotykam, to nie on, to śmieszne. Biegnie do mojej trybuny, przeskakuje przez poręcz i mnie obejmuje. Kibice przed nami  mają wielką flagę z herbem klubu, w pewnym sensie nie widać nas za nią. Co się dzieje? Isco objął mnie w pasie, przyciągnął do siebie. Spojrzał głęboko w moje oczy i szepnął
- Hala Madrid, skarbie.
Krew uderzyła mi do głowy, tętno przyspieszyło .Rozchyliłam wargi, wsunął w nie swój język, położył ręce na mojej talii, ja oplotłam ręce na jego karku. Każdy jego pocałunek był coraz zachłanniejszy, z trudem łapaliśmy oddech. Jego usta były gorące, rozpalone. Oderwał się ode mnie, spojrzał w oczy, uśmiechnął się, jego zarost delikatnie drapał moje usta, policzki...Jego język tańczył z moim. Świat się wyłączył, nie było kibiców, nie było tysięcy oczu patrzących w naszą stronę, nie było stadionu, mecz nie trwał. Cała kula ziemska wstrzymała się na 20 sekund.
Isco oderwał się ode mnie, rozdał kilka autografów i wrócił na boisko. Już sobie wyobrażam wielkie "WTF?!" komentatorów na całym świecie. Strzelec bramki znika w trybunach, nie widać go i nagle wraca na murawę. I to wszystko dla mnie. Stoję jeszcze chwilę roztrzęsiona, pocałował mnie pierwszy raz na Santiago Bernabeu. To się dzieje naprawdę? Chłopcy grają fantastyczny mecz, kiedy wychodzę dostaję smsa.

Isco: Bedę o 23.00, wysłali mnie jeszcze na konferencje. Czekaj na mnie w domu.
Nie odpisałam mu, nie wiedziałam nawet co.
Wróciłam metrem, przebrałam się, zrobiłam sobie karmelową kawę i włączyłam Real Madrid TV. Konferencja? Oh, kto by pomyślał. Najpierw pytania o mecz, a potem nagle wielkie BUM pytaniem, które nurtowało wszystkich.
- Po zdobyciu bramki w 15 minucie zniknąłeś w tłumie kibiców, nie było nawet cię widać przez chwilę. Co to oznaczało? Jakaś nowa celebracja?- zapytał ze śmiechem jeden z portugalskich dziennikarzy. Tłumacz przełożył pytanie na język hiszpański, a Isco odpowiedział ze spokojem
- Chciałem podziękować kibicom za to, że zawsze przy mnie są, chciałem podziękować za wsparcie jakie codziennie mi dają, to dla nich była ta bramka, chciałem dać im coś od siebie. To tyle- powiedział pokazując rząd równych, bielutkich zębów.
Wiem, że pod słowem "kibice" kryło się moje imię między innymi.

Było już po północy, a jego jeszcze nie było. Poszłam do łóżka, dotknęłam moich ust, uśmiechnęłam się sama do siebie i zasnęłam. Za dużo wrażeń jak na jeden dzień.
Przyszedł sms, którego już nie odczytałam, bo zasnęłam.
Isco: Przepraszam, musiałem jeszcze zostać, jutro nadrobimy zaległości, Carletto daje nam dzień wolnego. Dobranoc".- Przeczytałam rano.

Obudziłam się o 6.00, wzięłam prysznic i poszłam biegać. Muszę wybiegać rozbudzone emocje, to jeden z najskuteczniejszych sposobów na ogarnięcie myśli, uczuć, a przy okazji zgubienia kilka kilogramów.
- Cześć !
Zdjęłam słuchawki, odwróciłam się i zobaczyłam Pabla, tego gościa, którego poznałam biegając po osiedlu chyba w 2-3 dzień mojej przeprowadzki.
- Siemano, jak leci?- spytałam.
- Świetnie, przebiegłem już 4km, padam- zaśmiał się.
- Ja pół twojej trasy dzisiaj, teraz będę zmykać do domu, mam kilka spraw do załatwienia.
- To odprowadzę cię skoro mieszkasz niedaleko mnie, chcesz?
- No ok -zgodziłam się.
Całą drogę głównie gadaliśmy o sporcie. Weszliśmy do mojej klatki. Cały czas się śmialiśmy. Takie poranne odpały.
- Może dasz się zaprosić kiedyś na jakieś ciastko, czy kawę?- zaproponował.
Zaśmiałam się i na luzie powiedziałam
- No czemu nie, musimy się kiedyś zgadać.
Wchodziliśmy na moje piętro, kiedy zobaczyłam Isco siedzącymi pod drzwiami numer 24. Pod moimi drzwiami...
Podniósł głowę i spojrzał na mnie wymownie.
- Cześć- powiedział jakby nigdy nic. Zmierzył mojego towarzysza od stóp do głów i powiedział
- Nie odbierałaś, nie było cię w domu, zacząłem się martwić, ale...widzę, że już masz towarzystwo, będę zbędny. - wstał, otworzył swoje mieszkanie i z impetem zamknął drzwi.
- To Pablo, będziemy w kontakcie- powiedziałam głośniej, wiedziałam, że Isco pewnie podsłuchuje i dobrze. Trochę zazdrości nikomu nie zaszkodzi- uznałam.
- Ok, do zobaczenia!
Otworzyłam swoje mieszkanie. Rzuciłam klucze na szafkę w przedpokoju i szepnęłam
- Trzy, dwa, jeden, ze...
Rozległo się stukanie do drzwi. Wiedziałam, że nie wytrzyma, tylko przyjdzie do mnie i zrobi mi awanturę.
- A pan do kogo?- zaśmiałam się.
- A co? Pablo jest w środku?- zapytał poważnie. Za poważnie.
- Nie, a chciałeś się z nim zaprzyjaźnić?- chciałam się z nim trochę podroczyć, ale chyba to nie był odpowiedni moment.
- Oj dobra, po co ja w ogóle tu przychodziłem?- zapytał sam siebie i wyszedł.
- Isco, weź daj na luz- zawołałam za nim.
- Na luz?- wrócił się. - Na luz? Kim jesteś? Chyba nie tą Julíą, którą poznałem.
- Ale o co ci chodzi?- zapytałam.
- Najpierw dajesz mi nadzieję, potem umawiasz się z jakimiś facetami i mówisz, żebym dał sobie na luz? Zaje***cie. - trzasną drzwiami.

Głośno westchnęłam, wzięłam prysznic, poprawiłam makijaż i zaczęłam przeglądać oferty pracy w mojej pięknej stolicy. Nie wiedziałam czego chcę, standard. Potrzebowałam, kogoś kto posłużyłby dobrą radą. Ten ktoś ma na mnie focha.  Podłączyłam telefon do wieży i puściłam moje cudowne piosenki po hiszpańsku, które wywoływały u mnie gęsią skórkę i łzy.
- No digas naaaada, porfavor- zaczęłam śpiewać.
- Que hablando el alma destrozas- ktoś dokończył razem ze mną. Uśmiechnęłam się i wyjrzałam przez okno.
- Możemy pogadać?- poprosiłam.
- Nie- odwrócił wzrok.
- Proszę- powiedziałam ledwo słyszalnie.
- To nic nie zmieni- skwitował i zamknął okno.
- Isco, kur*a! Albo ze mną rozmawiasz, albo całkiem spieprzaj! - miałam już dosyć całych tych fochów i humorków.
Odpowiedziała mi cisza.
Czas działać. Jestem w mieście moich marzeń, a nie potrafię skorzystać z tego. Muszę się bawić, korzystać, spełniać marzenia. Po to tu jesteś, nie zapominaj o tym - powiedziałam do siebie.
Poszłam na zakupy, Madryckie galerie były przeogromne, wyszłam z pełnymi torbami ciuchów, butów i innych pierdół, bo były za połowę ceny.
Dlaczego jeszcze nie byłam na żadnej corridzie?!-myśl spadła jak grom z jasnego nieba.
Przecież zawsze chciałam iść na corridę, a po corridzie na coś typu Madrid Open z Rafaelem Nadalem w roli głównej. Nazbieram sobie na bilety i pójdę, będzie świetnie. Tylko najpierw muszę podjąć się pracy.
Wróciłam na osiedle Salamanca. Nie wiem kiedy te godziny uciekają, zaczynało się ściemniać. Szukając kluczy w torebce pod blokiem zauważyłam, że Isco siedzi na balkonie, ale udawałam, że wcale nie zadzieram głowy na 8 piętro i wcale go nie widzę.
Zataszczyłam wszystkie torby do mieszkania, przebrałam się i zapaliłam szluga nie zwracając uwagi na balkon po mojej lewej. Zaciągałam się i wypuszczałam dym z moich ust. Wszystko jest mi tak obojętne.
- Nienawidzę, kiedy palisz.
- Nienawidzisz też, kiedy umawiam się z kumplami na ciastko.
- Też- skwitował.
Cisza.
- Zgaś go- poprosił.
Zaciągałam się coraz mocniej.
- Proszę- powtórzył.
- A porozmawiasz ze mną, jak zgaszę szluga?
- Ja teraz z tobą rozmawiam.
- Nie o taką rozmowę mi chodzi, wiesz o tym- wypuściłam dym w jego stronę.
- Zgaś go i chodź do mnie.
Zrobiłam to, o co prosił i 5 minut później byłam w jego mieszkaniu.
- Wiesz, że gdybyś nie zaczęła się zaciągać i palić w moją stronę, to nie pogadalibyśmy?
- Czemu?
- Bo chciałem się z tym przespać, ale zaczęłaś mnie tak wkurzać tą fajką, że uległem.
"Zawsze dostaję to czego chcę"- pomyślałam triumfalnie

Usiedliśmy w kuchni, wpatrywałam  się w miasto, które idealnie było widać z jego wielkiego okna, które sięgało od podłogi do sufitu.
- Coś jeszcze do mnie czujesz- zapytał nie patrząc na mnie.
- Nie wiedziałam, że uczucie może się zmienić przez 24 godziny. A co się miało zmienić?
- Czyli się nie zmieniło?
- Nie zmieniło. Za kogo mnie masz?
- Chodź tu do mnie- poprosił.
Podeszłam i posadził mnie na swoich kolanach.
Delikatnie przejechał wargami po mojej szyi.
- Dlaczego taki numer mi dzisiaj wywinęłaś? - spytał.
- Isco, on tylko chciał być miły. I tak wiesz, że nie poszłabym z nim na randkę, więc czemu jesteś zazdrosny?
- Bo chcę mieć cię tylko dla ciebie- pocałował moje ramię.
Siedzieliśmy tak wtuleni w siebie nie odzywając się ani słowem.

- To co? Co byś zjadła na kolację?- zapytał niespodziewanie.
- Coś dobrego. Umiesz gotować?
- Tak, mam 21 lat, mieszkam sam od...lipca, więc musiałem nauczyć się gotować - zaśmiałem się.
- Fascynująca historia. Wzruszyłam się. Ale ja będziemy gotować razem.
- Czemu?
- Bo ja tak to kocham, że nie umiem siąść i czekać na gotowe.
- Dobra, to co? Jakieś specjalne życzenia?
- Żadnych, zaskocz mnie - jak ona pięknie się śmieje.
- Koktajl z krewetek, makaron z chorrizo i oliwkami plus dobre, czerwone wino.
- Niech zgadnę...tylko to umiesz robić, więc dlatego polecasz?
- Nie, czemu zawsze jak coś mówię, to starasz się dostrzec drugiego dnia, którego NIE MA?
- Nie przesadzajmy, po prostu ci nie ufam- pokazała język.
- Nie ufasz? - powiedziałem poważnie.
Odpowiedziała mi cisza.
- Nie?- ponowiłem pytanie.
Popatrzyła na mnie z rozbawieniem i zacząłem ją łaskotać.
- Nie ufasz mi? - łaskotałem coraz bardziej, a ona zachodziła się śmiechem
- Dobra, ufam, ufam, tylko przestań! - puściłem ją, a ona pocałowała mnie w policzek.
- A to za co?
- Za to, że zawsze umiesz poprawić mi humor.
Zrobiłem to samo.
- A to za co?- zapytała z szerokim uśmiechem.
- Za to, że jesteś- szepnąłem jej do ucha i zacząłem szukać makaronu.
Ja robiłem koktajl, a ona zajęła się daniem z makaronem, świetnie nam się rozmawiało, mimo, że nie byłem taki oblatany w kulinariach, to złapaliśmy temat i wiele się nauczyłem gotując u jej boku.
Ona skończyła swoje danie, usiadła na blacie z lampką wina i bacznie przyglądała się temu co robię.
Co chwila odrywałem się od krojenia, by móc spojrzeć jej w oczy, za każdym razem, kiedy to robiłem ona tak cudownie się uśmiechała i patrzyła pytająco, czekając aż powiem jej, dlaczego ciągle na nią spoglądam. Sączy wino, dalej siedzi na blacie, podchodzę do niej. Zabieram kieliszek, odstawiam go i zaczynam pieścić jej cudowne, lekko czerwone usta. Tym razem nie było stadionu, dziesiątek tysięcy kibiców, kamer, komentatorów, meczu. Byłem ja, ona i najzwyklejsza w świecie kuchnia.
Jej usta były gorące. Oderwałem się od niej, spojrzałem w oczy, uśmiechnąłem się. Zawsze jest taka piękna, wyszczekana, uparta i pyskata, a kiedy się całujemy jest taka nieśmiała, delikatna. To urocze i zabawne.
- A właśnie, jak podobała ci się akcja na stadionie? - zapytałem odrywając się od niej.
-  Na pewno bardziej oryginalna od pocałunku przy wieży Eiffla,  zachodzie słońca czy drogiej restauracji- zaśmiała się.
- Taki właśnie miał być efekt- powiedziałem.
- No to ci się udało- pocałowała mnie delikatnie w górną wargę, uśmiechnęła się i szybko spuściła wzrok.


Piątek, godz.17.15
Jestem zakochana w hiszpańskich filmach, naprawdę są lepsze niż nie jedne amerykańskie produkcje. Ze sceny napięcia i grozy wyrwał mnie dzwonek mojego telefonu.
- Cześć młoda, co robisz?
- Oglądam "Powrót", a ty?
- Kończę się pakować, ty już masz wszystko przygotowane?
- Co?Gdzie?
- No jedziemy na weekend.
- Jaja sobie robisz.
- Masz 10 minut na zebranie się, czekam w aucie pod blokiem- zaśmiał się.
- Kretynie, no chyba cię...- zawiesił połączenie.
Nienawidzę takich niespodzianek. Przyniosłam sobie walizę do salonu i zaczęłam się pakować i spoglądałam na bohaterów " powrotu". Tak w ogóle, to gdzie jedziemy? Wyjrzałam przez okno. Stał oparty o czarne lamborghini, założył ręce na piersi i uśmiechał się. Wygląda mega seksownie.
Mam wrażenie, że czegoś zapomniałam, jak zawsze.
- No nic, dokończę oglądać was w poniedziałek- powiedziałam smutno do mojego telewizora i wyłączyłam go.
Isco pomógł zatachać mi walizkę do bagażnika Zasypałam go potokiem pytań
- Gdzie jedziemy? Na ile? Po co? Dlaczego mówisz mi to teraz? Kiedy wracamy?
- Ja zadam ci tylko jedno...masz prawko?
- Mam.
- A czemu tu nie masz auta?
- Miałam na spółkę z Alejandrem, ale skoro wyjechałam, to postanowiłam mu go zostawić.
- Kto to Alejandro?
- Mój starszy brat- widziałam jak odetchnął z ulgą.
- No to masz- rzucił mi kluczyki.
- Stary, mnie nawet nie stać na twój zderzak !- odrzuciłam mu z powrotem
- Nie przesadzaj- rzucił je w moją stronę.
- Jak rozwalę, to będę musiała spłacać ci go do usranej śmierci- odrzuciłam kluczyki.
Z boku musiało to komicznie wyglądać, para stojąca sobie przy aucie wartym miliony euro, która rzuca sobie kluczyki, jak poparzeni.
- Tak?
- Tak- nie miałam zamiaru ustępować. Nie byłam człowiekiem, z którym można było iść na kompromis.
- Dobra- skwitował, otworzył drzwi pasażera i coś zaczął szukać za fotelem. Znalazł butelkę whisky, wziął 4 duże łyki, skrzywił się i powiedział triumfalnie
- Chyba jednak ty będziesz dzisiaj kierowcą.
- Czemu ty jesteś takim idiotą?- syknęłam i włożyłam kluczyk do stacyjki.
Wzięłam głęboki wdech, zapięłam pasy i zamknęłam oczy.
- Co robisz?
- Staram się nie stresować debilu! To auto jest wart tyle, ile nie zarobie przez całe swoje życie!
- Dramatyzujesz- zaśmiał się.
- Nie odzywaj się do mnie nieodpowiedzialny dupku- to rozbawiło go jeszcze bardziej.
- Gdzie jedziemy?- zapytałam w końcu.
- Nie powiem ci- zaśmiał się. Rozpięłam pasy, wyciągnęłam kluczyk i powiedziałam
- Dobra, to nigdzie nie jedziemy.
- Ej, czekaj- uśmiechnął się. - Nastawię ci GPS'a, ale gdzie zmierzamy powiem ci w połowie drogi.
- Co? Czemu?
- Bo jak ci powiem teraz, to wysiądziesz.
- Mam się bać?
- Nie. No może trochę- dramatycznie zawiesił głos.
- Dobra, ja wracam się do mieszkania, może jeszcze "Powrót" się nie skończył.
Zablokował drzwi i słodko się uśmiechnął
- Przestań, po prostu jedź.
Jechaliśmy w milczeniu godzinę i byliśmy już za miastem.
- Jeśli uważasz, że Julia jest swietnym kierowcą klaśnij raz- klasnął i zaczął się śmiać.- A jeśli uważasz, że jest piękna klaśnij dwa- zaklaskał dwa razy i kątem oka obserwował moją reakcję. Delikatnie się uśmiechnęłam i powiedziałam
- Nie rozśmieszaj mnie, próbuję być na ciebie zła- skwitowałam.
- Skarbie, przepraszam. Sama wiesz, że jestem piłkarzem i nie powinienem pić, ale inaczej nie dałabyś się namówić.
- Isco, po prostu ogarnij dupę i zacznij zachowywać się jak na twój wiek przystało- popatrzyłam na niego błagalnie.
- Dobra, przepraszam- pocałował mnie w prawy policzek.
- Jest za co- pokazałam mu język.
Auto było przegenialne, do mojego CV w rubryce "osiągnięcia" śmiało mogę dopisać " Jeździłam najprawdziwszym lamborghini z piłkarzem wartym jeszcze więcej niż samo auto".
Trochę znałam się na motoryzacji, więc zaczęliśmy dyskutować o autach.
- Co ludzie, którzy przeważnie z tobą jeżdżą, mówią na twoją jazdę?
- Tata i brat są genialnymi kierowcami i to u nas w rodzinie jest dziedziczne- zaśmiałam się. - Tylko podobno trochę za szybko jeżdżę.
Oboje spojrzeliśmy na deskę rozdzielczą, zegar wskazywał 180km/h.
- Trochę? - zaczął się śmiać.
- No błagam, powiedz, że ty jeździsz wolniej.
- Jeżdżę.
- Jasne, jak można wlec się autem, które ma 2000 koni mechanicznych?!
- Wleczesz się po to, żeby wszyscy dokładnie mogli go zobaczyć i pomyśleć "wow, nigdy nie będzie mnie na taki stać"- wybuchnął śmiechem.
 - Spaaadaj- roześmiałam się.
- Julia!
- Co?!
- Wzięłaś z domu tabletki?
- Jakie?
- No te od serca?
- Wzięłam, a jakbym nie wzięła, to też bym nie umarła. One są po to, żeby krócej bolało, jeśli ich nie mam pod ręką, to po prostu męczę się z bólem dobrą godzinę, to tyle.
- A wodę do nich masz? No wiesz, do popicia.
-Właśnie dlatego nie chciałam, żebyś dowiedział się o chorobie. Nie wspominaj mi więcej ani o tabletkach, ani o sercu, chorobach i tym, że nie mogę żyć jak normalny człowiek, dziękuję. - nienawidzę gadać na ten temat.
 - Chcesz wiedzieć gdzie jedziemy?
- No chyba chcę.
- Jedziemy do Malagi, 12 km na zachód jest moje rodzinne miasteczko.
- Co?!- gwałtownie zahamowałam.- Przecież to na drugim końcu kraju!
- Ej, Madryt nie jest na północy, a Malaga na południu przecież. Stolica jest w sercu Hiszpanii, a Malaga na południu i tyle. Kilka godzin jazdy i jesteśmy na miejscu.
- Nie masz prawa się do mnie odzywać- syknęłam.
Wyciągnął telefon i zaczął rozmawiać
- Siema- zaśmiał się.- Jesteśmy w La Solanii, przekaż mamie, ok? No dzięki, czee- zakończył połączenie.
- Isco, czemu ty mi to robisz?- powiedziałam zrezygnowana.
- No co?
- Ok, spoko, już jakoś zdzierżyłam myśl, że jedziemy do Malagi, ale nawet nie wiesz w jakiej sytuacji mnie stawiasz, kiedy muszę stanąć twarzą w twarz z twoimi rodzicami, nawet nic wcześniej nie wspomniałeś, nawet nie miałam jak się na to przygotować.
- Wyglądasz pięknie jak zawsze- uśmiechnął się i spojrzał na mnie.
- Chodzi mi, żebym przygotowała się psychicznie, dupku jednen.
Jechaliśmy w ciszy, podałam mu swój telefon.
- Podłącz go- poprosiłam nie zaszczycają go ani jednym spojrzeniem.
Polski rap na cały regulator. Jestem w raju, mogę jechać autem nawet do Brazylii...oczywiście, gdyby dało radę przepłynąć morze- zaśmiałam się w myślach.
- Dobry bit- skwitował. - Ja też słucham rapu.
- To moja muzyka, mój rap, mój bit i w tej chwili mój samochód, więc zamknij się jak słucham.
Nie odpowiedział.
- Nie znam polskiego.
- No co ty nie powiesz- nerwy trochę się ustabilizowały.
- Przetłumacz mi tekst- poprosił.
- Wolałbyś nie wiedzieć o czym on nawija- uśmiechnęłam się pod nosem.
220 km/h, trzymałam drążek zmiany biegów, Isco położył rękę na mojej.
- Co robisz?- przyciszyłam muzykę i popatrzyłam na niego. Było już kompletnie ciemno.
- Zmieniam z tobą biegi- uśmiechnął się.
Jeszcze raz spojrzałam na nasze ręce i pocałowałam go szybko w policzek, musiałam pilnować drogi.
- Ty to jesteś wulkanem emocji- zaśmiał się. - Najpierw się obrażasz, udaje mi się rozładować napięcie, potem strzelasz focha, ja przepraszam, ty wybaczasz, potem coś ci dalej nie pasuje, a na koniec mnie całujesz. Wow, dobrze, że jestem facetem- zaśmiał się.
Radiowóz stał tuż za zakrętem.
- Cholera!- zaklęłam głośno, zjechałam na pobocze i opuściłam szybę.
- Witam, aspirant Daniel Fernandez, proszę o dokumenty, ubezpieczenie. Powodem zatrzymania jest przekroczenie prędkości o 120 km/h. - wyrecytował dobrze znaną formułkę.
"Takie tam przekroczenie tylko o 120 km"- pomyślałam.
Podałam dokumenty i czekaliśmy.
- Widzę, że to nie pierwszy wybryk jeśli chodzi o prędkość.
- Panie, słuchaj pan, zatrzymaliście mnie tylko 4 razy z tego powodu przekroczenia dozwolonej prędkości , gdybyście zatrzymywali za każdym razem, kiedy jadę za szybko, to straciłabym prawko z jakieś 3 razy- zaśmiałam się.
O proszę, udało mi się wywołać uśmiech na twarzy aspiranta Fernandeza.
- Poniekąd się nie dziwię, takim autem nie da się jeździć przepisowo- spojrzał na lamborghini i oddał mi dokumenty.
- Widzisz Francisco? Nie tylko ja tak uważam- odparłam triumfalnie. Mówiłam do niego pełnym imieniem przy ludziach, żeby nie wzbudzać większych podejrzeń. Francisco to zwyczajnie w sumie, ale jak już powiem do niego "Isco" w super markecie, to zaraz ludzie sobie skojarzą i nas obsiądą.
- To ile punktów i ile mandatu?- spytałam w końcu.
- Punktów 10, a mandatu 300 euro. - tym razem skwitował nieporuszony.
Isco zaświecił światło w aucie i zaczął szukać bluzy na tylniej kanapie.
- Pan jest, paan...ISCO?! - aspirant Daniel mało nie zemdlał na widok mojego towarzysza.
- We własnej osobie- zaśmiał się Hiszpan.
- Ja...pana uwielbiam! Jest pan genialny, w U-21 totalnie wymiatasz i normalnie jest pan geniuszem! - powiedział na jednym oddechu.
- Jak miło, dziękuję, staram się- pokazał równy rząd białych zębów.
- Mogę prosić o autograf?- zapytał podekscytowany.
- Jasne, czemu nie?- spojrzał na mnie wymownie i uśmiechnął się do kibica.
- Bardzo dziękuję.
- A anuluje pan mojej przyjaciółce ten mandat ? - spytał błagalnie.
- Niby nie mogę, ale...coś da się zrobić- uśmiechnął się patrząc to na mnie, to na Isco.
- Dziękuję, byłoby super.
- A pani jest....
- Madridistką- odpowiedziałam jak zawsze z dumą.
- No to nie mamy o czym gadać, powiedzmy, że nigdy was nie zatrzymałem. A co do pani to...proszę jeździć wolniej, dla Realu wielką stratą byłoby pochować tak pięknego kibica- uśmiechnął się.
- Dobrze, dziękujemy- powiedzieliśmy chórem i ruszyliśmy dalej.
- Widzisz? Uratowała nas moja bluza- zaśmiał się i mi ją podał.
Ubrałam ją, była ciepła i pachniała jego perfumami.
- Nigdy nie chciałam cię wykorzystywać, żeby mieć z tego powodu jakieś ulgi...
- Wiem, ale skoro nadarzyła się okazja, to miałem mu powiedzieć "Dobra, dam ci autograf, ale mandatu jej nie likwiduj?"- zaśmiał się.
- No nie, ale po prostu powinnam dostać to, na co zasłużyłam.
- Przyznam, że jestem pod wrażeniem twojego chillu.
- Co? Czemu?
- Większość ludzi panikuje, kiedy mają do czynienia z policją, ty podeszłaś do tego z wielkim luzem.
- Jeśli to komplement, to dzięki.
Przysunął się bliżej mnie i oparł głowę na moim ramieniu. Czułam na szyi jego ciepły oddech.
-Co robisz?- spytałam.
- Idę spać- pocałował mnie w policzek i jechaliśmy tak około 30 km.

Rozpętała się burza. Wycieraczki nie nadążały za wycieraniem deszczu z przedniej szyby. No genialnie. Do Malagi zostało nam 50km, plus jeszcze 12km musimy odbić na zachód. Co teraz?
 - Mam pomysł- szepnął mi do ucha. Sądziłam, że nadal śpi.
- Jaki?
-Zatrzymamy się na tamtym parkingu i pójdziesz się zdrzemnąć z tyłu. Jedziemy już długo, przed nami jeszcze kawałek, nie chcę, żebyś zasnęła za kółkiem- powiedział z troską.- Zachowałem się jak dupek, gdybym nie pił, to moglibyśmy się wymienić- przyznał mi rację.
- Szkoda, że po fakcie- zmierzwiłam jego włosy.
Zatrzymaliśmy się w umówionym miejscu, przesiadłam się do tyłu, Isco nakrył mnie swoją bluzą i siedział zamyślony na miejscu pasażera z przodu
- Chodź tu- powiedziałam cicho.- Zimno mi.
Posłusznie położył się obok mnie, objął mnie mocno i odgarnął włosy z mojego policzka. Było mi coraz cieplej.  
Obudziłam się po jakiś 30 minutach, on zasnął przy mnie. Delikatnie ściągnęłam jego ręce z mojego ramienia i talii, przykryłam go bluzą i wyszłam na stację po dwie cappucino z czekoladą.
Wróciłam do auta  i jedyne na kim mogłam teraz polegać to na GPS' ie, który miałam nadzieję, że nie mnie wywlecze mnie w pole. Nałożyłam słuchawki, żeby go nie obudzić i słuchałam cudownych hiszpańskich piosenek, które wywoływały u mnie dreszcze.
Obudził się jakieś 10 km przed Malagą.
- Czemu mnie nie obudziłaś?- zapytał zaspany.
Wyciągnęłam słuchawki i spojrzałam we wsteczne lusterko.
- Nie miałam serca cię budzić, słodko wyglądasz jak śpisz.
Widziałam, że odpowiedź w pełni go zadowoliła.
Przesiadł się do przodu i oparł głowę o szybę.
- Tak w ogóle to gdzie jesteśmy?- spytał.
- Zaraz będziemy w Maladze, dalej już pokierujesz mnie ty, bo nie wiem gdzie jest Benalmádena.
- Boisz się moich rodziców?- spytał nieoczekiwanie.
- Nie. No może trochę. Trochę bardzo.- uśmiechnęłam się niepewnie  
- Ooo a co to?
- A właśnie, kupiłam nam cappucino z czekolada.
- Mogłaś powiedzieć wcześniej- zaśmiał się.
- Eee nawet tak bardzo nie wystygło- stwierdziłam.
- Teraz skręcaj w lewo, za 12 km będziemy na miejscu.
Odczuwałam coraz większą presję. Chciałam, żeby jego rodzice mnie polubili, ale co jeśli nie?
Dojeżdżamy pod piękny dom z dużym podwórkiem. Wyłączam silnik, poprawiam włosy, grzywkę i mówię
- Daj mi te szpilki z bagażnika.
- Co?
- Jajco, chcę buty- zaśmiałam się.
- Po co?
- Daj mi je.
Wyciągnął beżowe buty na obcasie, podał mi i powiedział
- Dziwna jesteś- po czym pocałował mnie w czoło.
- Chcę zrobić dobre wrażenie, mimo, że najbardziej w świecie kocham moje nike.
- Moi rodzice nienawidzą, jak dziewczyna chodzi w szpilkach, uważają, że to zbyt wyniosłe
- Serio?- powiedziałam wyciągając stopę z beżowego buta.
- Nie- zaśmiał się.
- Głupi jesteś - tym razem śmieliśmy się oboje.
Isco wyciągną walizki i nałożył ray bany.
- Jest godzina 23.20...na jakiego....ci okulary?!
- Wiesz, ja mam tu fanów.
- Oh, już nie bądź takim fejmem- zaśmiałam się i zabrałam mu czarne ray bany.
Drzwi otworzyła nam jego mama.
- Dobry wieczór.
- Aa dobry wieczór, już jesteście, wejdźcie do środka.

_______________________________________________________________________
I jak się podoba ;>??