piątek, 29 listopada 2013

Rozdział VI : Złoty łańcuszek.

Dopiłem kawę, miałem zamknąć jej dom i pójść do swojego mieszkania, ale tego nie zrobiłem. Poszedłem do jej sypialni, tu jeszcze nigdy nie byłem. Jedna wielka ściana obklejona plakatami, naklejkami i innymi rzeczami związanymi z moim klubem. Uśmiechnąłem się. Zajrzałem do jej garderoby, każde ubranie pachniało jej perfumami, miała sporą kolekcję koszulek Blancos, zajrzałem do szuflady, tam była bielizna. Kiedy wyciągnąłem majtki ze świnką z przodu i ogonkiem z tyłu zacząłem się śmiać. Naprawdę dziewczyna nosiła seksowną bieliznę, widać, że ma wyczucie. Zacząłem śmiać się jeszcze głośniej. Koronkowe staniki....damskie bokserki, wszystko mi się podobało oprócz tych majtek- na samą myśl się uśmiechnąłem. Na szafce nocnej stała ramka ze zdjęciem. Ona i chłopak całujący ją w policzek. Wziąłem ramkę w rękę i zastanawiałem się kto to może być. "Isco, weź się w garść, chyba nie zapraszałaby cię do domu, gdzie ma zdjęcia jej faceta czy coś, o ile czuje do ciebie to, co ty czujesz do niej"- no właśnie...a co jeśli ona nie czuje tego samego?
Wyszedłem z sypialni, zamknąłem jej mieszkanie i udałem się do swojego.
O 23.30 zadzwonił mój dzwonek do drzwi, to pewnie ona.
- Cześć- uśmiechnęła się.
-Hej. - powiedziałem niewzruszenie.
- Co się stało, czy...coś?- zapytała.
- Wejdź do środka.

Carmen
Pierwszy raz byłam w jego mieszkaniu. Było świetnie urządzone, zaprowadził mnie do kuchni. Usiedliśmy przy stole, który stał obok wielkiego okna z którego świetnie było widać osiedle.
- To twoje klucze, zamknąłem mieszkanie na dwa zamki- przerwał ciszę.
- Dzięki. Chcesz coś jeszcze mi powiedzieć?
- Nie.
Wychodziłam, ale zatrzymał mnie.
- Carmen?
- Tak? - wróciłam do kuchni
- Co tak długo?
- Co?
- Wychodzisz z tym lalusiem i wracasz prawie o północy. Wypiłaś pewnie ze 4 drinki, co?
- Isco, a co ty masz do tego?
- Nic, poszłaś z kimś kogo nie znasz na drinka, niby nie ufasz ludziom, których nie znasz, a jednak ten frajer robi z tobą co chce- powiedział stanowczo.
- Jeśli chcesz wiedzieć, to nie byłam tam ja i "laluś", było jeszcze 11 osób, tylko on przyszedł po mnie na górę, a reszta czekała przed klatką. To raz, a dwa, to nie monitoruj mojego życia, nie jesteś od tego- warknęłam i strzeliłam drzwiami.


Wzięłam prysznic, poszłam na balkon i zapaliłam. Nie palę z reguły. Robię to tylko jak jestem wściekła, albo smutna. Sporadycznie. Isco wyprowadził mnie z równowagi, uwolniłam się od nadopiekuńczych rodziców, a teraz on wyznacza mi o której mam wracać, z kim wychodzić, ile pić i co pić.
Wzięłam do ręki telefon i zadzwoniłam do Alejandro:
- Cześć, co słychać?
- Cześć siostra, a nic, właśnie miałem iść z kumplami na piwo.
- Ja właśnie wróciłam z libacji- zaśmiałam się.
- Skarbie, zadzwonię jutro, ok? Zaraz chłopaki po mnie przyjdą, a jeszcze muszę się ubrać.
- Luz, trzymaj się kocie- roześmiałam się i zawiesiłam połączenie.
Zgasiłam szluga i zaczęło się. Nie mogę oddychać, czuję jakby ktoś wkładał tysiąc igieł w moje serce. Nie dochodzę już do szafki z lekami, leżę na podłodze, jęczę i płaczę. Nie mogę wziąć oddechu.
Ktoś z sąsiadów zatroszczył się i zadzwonił po karetkę. Godzina 1.20, izba przyjęć, szpital w Madrycie. Dostaję tabletki przeciwbólowe, zastrzyk i robią serię badań. Leżę, na sali jest cicho, wszyscy śpią. Zamykam powieki, słyszę, że ktoś wbiega, otwieram je.  To Isco, kurde, tylko nie to.
- Carmen! Carmen, co się stało?!
- Zamknij mordę, ludzie śpią, a ty się drzesz, idioto.
- Mów!
- Zamknij ryj, bo cię zaraz stąd wyproszę, już powinnam to zrobić.
Usiadł i wyczekująco na mnie spojrzał.
Odwróciłam się do niego plecami.
- Idź stąd- wymamrotałam.
- Nie.
- Wyjdź.
- Nie.
- Wyjdź, już.
- Nigdzie się nie ruszam.
Cisza.
- Od kilku lat mam "ataki", nikt o nich nie wie, chyba po za sąsiadem, który zadzwonił po karetkę. Mam wtedy trudności z oddychaniem, kilka dni wcześniej mogę mieć krwotok z nosa, serce mnie strasznie boli i ból jest nie do zniesienia, nie jest to spowodowane wysiłkiem fizycznym, nie, potrafię grać w piłkę 3h i nic się nie dzieje, a bywa tak, że leżę i oglądam filmy, to jest nieprzewidywalne. Okazało się, że to choroba wrodzona, moja mama o tym nie wie, bo to "ukrywało się" do 14 roku życia. Nigdy nie miałam tych bóli przy rodzicach na szczęście, głównie sama chodzę do lekarza, nikt o niczym nie wie- potok słów, powiedziałam to na jednym oddechu.
-  Czemu mi nic nie powiedziałaś?!
Usiadłam na szpitalnym łóżku i powiedziałam
- Ależ oczywiście egoisto pieprzony, starasz się prowadzić w miarę normalne życie nawet z tą chorobą, ale kiedy ktoś się o tym dowiaduje, to zachowuje się wobec ciebie, jakbyś miał umrzeć na raka. Nienawidzę współczucia, nienawidzę jak ktoś na mnie chucha, dmucha i przesadnie się troszczy, ty akurat byłbyś ostatnią osobą na ziemi, której powiedziałabym o chorobie, wiesz?- wysyczałam tu w twarz.
- Mała, ja...
- Wyjdź i zapomnij o ty co ci powiedziałam, Ty nic nie wiesz.
- Nie wygłupiaj się, Carmen ja...
- Wyjdź, bo zaraz zawołam lekarza, żeby ci w tym pomógł- powiedziałam ocierając łzy.
Spojrzał mi w oczy i wyszedł bez słowa.

Rano wyszłam ze szpitala, dali mi 3 opakowania tabletek i wróciłam do mieszkania. Wzięłam długą kąpiel, ubrałam się, pomalowałam, uczesałam i robiłam Kastylijską zupę czosnkową. Sięgam po oliwę z oliwek, która stoi w zielonej szklanej butelce, czuję jak ktoś obejmuje mnie od tyłu w pasie i kładzie głowę na moim ramieniu.
- Nie zamknęłaś drzwi- usprawiedliwił się szepcząc mi do ucha. Nie słyszałam jak wchodzi.
Odłożyłam oliwę, odwróciłam się do Hiszpana i popatrzyłam mu w oczy. Był smutny, jeszcze nie widziałam go takiego. Chciał coś powiedzieć, ale położyłam palec na jego usta i wtuliłam się w jego tors.
Ujął moją dłoń i ją pocałował.
- Przepraszam za wczoraj- wybełkotałam.
- To ja jestem kompletnym idiotą, nie obwiniaj się. - Julia ja muszę wyjechać na tydzień.
- Wiem- skwitowałam nie puszczając go.
- Co?
- Masz zgrupowanie, jesteś powołany przez del Bosque. Nie zapominaj, że jestem madridistką.
- Chciałbym cię zabrać ze sobą- pocałował mnie we włosy.
- Może przeżyję te 7 dni bez ciebie- uśmiechnęłam się.
Pocałował mnie w policzek i powiedział, że idzie się pakować. Przyszedł się pożegnać, staliśmy tak wtuleni w siebie dopóki ktoś nie zatrąbił. "Isco!! Chodź, bo zaraz będzie przypał,  pojadą bez nas!"
- Morata?- oderwałam się od Hiszpana i spojrzałam przez okno. To był on, Alvaro, którego podziwiałam zawsze w telewizji, ten gość, który myślę, że w przyszłości zajdzie daleko, uważam, że ma potencjał. Ten gość stał 6 pięter niżej. Wow.
- No - zaśmiał się. - Idę już, czekaj- rzucił mu swoje torby przez balkon, przytulił mnie i szepnął : uważaj na siebie, będę dzwonić.
- Ej!- krzyknęłam jak już był za drzwiami. Wrócił się.
- Już się stęskniłaś?
- Nie? Nie mam twojego numeru debilu.
-Wziął mój telefon, zrobił sobie zdjęcie, wpisał numer i powiedział:
- To teraz już masz.
Zrobiłam to samo z jego iphonem i zniknął za drzwiami.

Ubrałam się w dresy, nałożyłam buty do biegania, włosy spięłam w kucyk, zabrałam słuchawki i poszłam pobiegać. Zniknęłam na kilka godzin, zaczęłam poznawać Madryt. Jutro ruszę dupę i zobaczę Plazę de Cibeles, Metropolis, Puente de Sigovię, Plazę Mayor....Puerta del Sol odpada, to już zobaczyłam...tam umówiłam się z Isco na pierwsze spotkanie. Kiedyś podziwiałam te miejsca w internecie, teraz są to miejsca, obok których mogę przechodzić tysiąc razy.
Jest późna noc, siedzę w wannie pełniej piany, płatków róż, światło jest zgaszone, palą się tylko świeczki,  a w dłoni trzymam lampkę wina. Idealnie. Chłopcy pewnie już zakwaterowali się w hotelu.

Sewilla, hotel Murillo, 2.20 piątek.
- Stary, chodź gramy w fifę na dole w hotelu!- zawołał Morata
- Nie idę.- beznamiętnie rzucił Isco.
- Bo?
- Bo nie mam ochoty.
- Tak, siedź tu sam, zamknij się i nie wychodź. Stary, wyluzuj.
- Dobra, daj mi 10 minut na ogarnięcie.
Ciekawe co teraz robi? Śpi? Pije? Słucha muzyki? Chcę do niej zadzwonić, ale jest za późno, może ją obudzę.
- No proszę Alarcón! Wygrałeś ze mną- zrezygnowany Alvaro usiadł na kanapie.
- No także tego- zaśmiał się.
- Co ty tak siedzisz z tym telefonem, przyczepił ci się do rąk?
- Wal się Morata- zaśmiał się trochę nerwowo.
- Tęsknisz, co?- spytał całkiem poważnie.
- Może trochę, jakoś dziwnie jest mi ją zostawiać samą w Madrycie. Ale jestem profesjonalistą, jedyne na czym muszę się skupić do treningi i mecze.
- Tego się trzymajmy- Alvaro szturchnął kumpla w ramię.
- Morata, żałuję, że jeszcze jej nie pocałowałem, jeszcze nie pokazałem jak bardzo mi zależy...
- CO?! Nie mów, że jeszcze tego nie zrobiłeś! 
- Mówię...
- Ja tu już podejrzewałem, że spędzacie ze sobą noce i takie tam pierdoły, a wy na etapie...żadnym etapie, stary.
- Wiem. Oj Alvaro, to nie jest takie łatwe.
- Nie jest? Jeśli ty tego nie zrobisz, to zrobi to ktoś inny, czaisz? Ona pomyśli, że bawisz się z nią w kotka i myszkę, weźmie sobie odpuści i jeśli rzeczywiście jest taka cudowna jak mówisz, to na pewno szybko znajdzie pocieszenie w innych ramionach.
- Stary, z nią oglądasz mecze jak z kumplem. Wyciąga czteropak z lodówki, rozsiada się, gadasz z nią jakby była chłopakiem, na luzie, świetnie zna się na piłce, jest wyjątkowa. Mówię do niej "chcesz coś do jedzenia ?", a ona "Isco, nie przeszkadzaj mi jak oglądam mecz".
- Nie wierzę.
- Pamiętasz swoją byłą? " Ojej, trener zawołał Kristjano Ronalto na ławkę? ojej, on był taki SEKSI!"
- Isco, skończ, nie przypominaj mi o tym- przejechał ręką po twarzy i zaczęli się śmiać.

Ja: " Młoda, już dojechaliśmy, zaraz idziemy spać. Miałem cię nie budzić, ale myślałem, że może się martwisz. Dobranoc kocie♥"- wystukałem i wysłałem.
Carmen : " Nie śpię, maluję paznokcie :) No to dobranoc ♥ " - od razu łatwiej było mi zasnąć.

Zasnęliśmy z Moratą chyba po 3.00, dokładnie opowiedziałem mu o Julii, o nas, wszystko od początku.

Sobota wieczór:
Byliśmy już po treningu, chciałem usłyszeć jej głos...Nerwowo wybrałem numer.
Sygnał, dwa sygnały, trz...
- Cześć - usłyszałem w słuchawce
- Cześć, jak się bawisz beze mnie?- zaśmiałem się.
- Bajecznie, w końcu nikt nie skrada mi się do mieszkania, nie wyciąga mnie gdzieś co wieczór i nie...Isco?
- Tak?
- Zostawiłeś klucze u mnie? Chyba leżą w przedpokoju, poczekaj.
- Nie możliwe- słyszałem jej kroki.
- Leżą na szafce, zostawiłeś je- zaśmiała się.
- TYLKO NIE WAŻ MI SIĘ WBIJAĆ DO MNIE NA CHATĘ!
- Aaaa, czyli ty możesz przesiadywać u mnie do woli, a ja nawet nie mogę ci podlać kwiatków?
- Nie.
- Spadaj, zrobię co zechce- wybuchnęła śmiechem. - Kto ma klucze ten ma władzę- dokończyła.
- I cycki.
- Co? hahahahahahaha, masz rację, tęskni mi się za tobą- powiedziała pół poważnie, pół żartem.
- Mam dla ciebie niespodziankę, czekaj do piątku. Muszę kończyć, zaraz chyba gdzieś wychodzimy. Dobranoc mała.
- Trzymaj się- szepnęła do słuchawki i się rozłączyła.

Carmen
Nie wytrzymałam. Moja ciekawość wygrała, zabrałam klucze i wśliznęłam się do jego mieszkania. No tak , byłam jedynie w kuchni wtedy, kiedy opieprzał mnie za wychodzenie ze znajomymi. Otworzyłam drzwi sypialni...miał ogromne łóżko z czarną, atłasową pościelą na którym leżał srebrny laptop, sporą dwudrzwiową szafę z lustrem, dużo plakatów, rzeczy związanych z klubem...."sypialnia przypomina trochę moją"- zaśmiałam się w myśli. Wyszłam na balkon, ten na którym w sumie narodziła się nasza znajomość. Faktycznie musiał widzieć mnie bardzo dobrze. Nie chciałam wracać do siebie, zabrałam kilka rzeczy i dzisiaj zostałam na noc u niego w mieszkaniu. Atłasowa pościel pachniała nim, poduszka jego szamponem, nie wiem kiedy zasnęłam.
Wstałam rano, zrobiłam zakupy i zabrałam się za robienie paelli, najbardziej hiszpańskiego z hiszpańskich dań.
- Halo, Isco?
- Cześć, co się stało?
- Tak- dramatycznie zawiesiłam głos...
- CO?!
- Ej, masz szafran u siebie? Robię paellę, nigdzie nie mogę go znaleźć- powiedziałam poważnie.
- Zabiję cię, więcej mnie tak nie strasz, dolna szuflada po lewej i....jesteś w moim mieszkaniu?
- Yyyy tego nie powiedziałam.
- Powiedziałaś - zaśmiał się.
- Nie!
- Dobra...tak gramy? Mam na ciebie haka.
- Mhm, jasne, niby jakiego?
- Nosisz bardzo seksowną bieliznę, zaliczam do niej też majtki ze świnką. Trzymaj się - roześmiał się i zawiesił połączenie.
Hahahaha matko, on to widział? Jaaaki wstyd. Ej...czyli też szukał po moim pokoju....no nic, pogadam sobie z nim na ten temat jak wróci.
Po godzince zajadałam się pysznym obiadem i w między czasie zastanawiałam się nad przyszłością. Kontynuować studia? Zacząć pracę? Jeśli studia to kontynuować kierunek, który zaczęłam w Brazylii? Jak praca to gdzie? Nie mam pomysłu.


Poniedziałek, godz. 6.30
Nalewam sok pomarańczowy do wysokiej szklanki, opieram się o wielkie okno w kuchni mojego Isco, Madryt się budzi, spoglądam na ludzi, którzy biegną do pracy, na samochody, których jest coraz więcej na ulicach, spoglądam na swoje niewyraźne odbicie w szybie. Czym jest szczęście? To nowy samochód, mieszkanie, telefon? To miłość, uczucie, emocje? Czy jestem szczęśliwa? Jestem, w pewnym sensie. Zamieszkałam w Madrycie, czuję się wolna, niezależna, mam oparcie w Isco i.... a co jeśli to się zmieni? Jest piłkarzem i to nie jakiejś podwórkowej ligi, czy nawet gdybyśmy byli razem, dałabym radę tak żyć? Czy dałabym radę siedzieć tydzień/ dwa w pustym mieszkaniu? Przecież ma mecze, zgrupowania, treningi, konferencje. Co jeśli zmieniłby klub? Czy zostawiłabym Madryt, żeby przeprowadzić się z nim na drugi koniec świata? Nie wiem. Pozostałe cztery dni były takie same, monotonne.

Wieczorem poszłam się przejść. Słyszę kroki, ktoś za mną idzie. Super, mam nawet fobię. Przyśpieszam mimo to. Kroki za mną robią to samo. Nie mam odwagi spojrzeć za siebie. Zmierzam do centrum, tam jest więcej ludzi, latarni, boję się. Bardzo. Idę wolniej, kroki powtarzają czynność po mnie. Zatrzymuje się. Kroki ustają. Odwracam się gwałtownie.
- A ty gdzie się wybierasz?
Rzucam się na niego, całuję w policzek, powinnam go opieprzyć, że mnie straszy, ale teraz to nie istotne. Trzyma mnie mocno, w końcu jest. Przeczesuję palcami jego miękkie włosy, w końcu odrywam się od niego i patrzę mu w oczy.
- Odpowiedz mi- zaśmiał się.
- Przed siebie, zachciało mi się spaceru.
- Chodź, zabiorę cię w fajne miejsce- zaśmiał się.
Po 40 minutach byliśmy na miejscu. Punkt widokowy, cały Madryt jak na dłoni. nocą. Wiedział jak bardzo kocham noc, jak kocham miasta o tej porze. Nie mogę nacieszyć oczu, nacieszyć się jego obecnością.
Nagle wyciąga czarne pudełeczko, podaje mi je i mówi
- Wszystkiego najlepszego- po czym całuje mnie w policzek.
- Z jakiej racji?
- Imienin?
- Ja mam imieniny?- szeroko otworzyłam oczu. Zaśmiał się.
- Masz- popatrzył na mnie z rozbawieniem.
Patrze się podejrzliwie na niego i otwieram prezent. Złoty łańcuszek z napisem "Madridista", o kurde.
- Isco, nie mogę go przyjąć.
- Nie wygłupiaj się.
- To ty się nie wygłupiaj, Isco, zabierz go.
- Nie, to dla ciebie.
- Weź, błagam.
- A lubisz mnie?
- Lubię.
- To go weź. - Założył łańcuszek na szyję, był cudowny.
- Nie, Isco, zdejmij go. On musiał kosztować fortunę, Isco, proszę.
- Zamknij się w końcu- śmieje się i obejmuje mnie w pasie.
- Tęskniłem, wiesz? Nigdy się tak nie czułem- przerywa milczenie.
Uśmiecha się, nikt nie uśmiecha się piękniej od niej, nikt.

piątek, 22 listopada 2013

Rozdział V: Dlaczego wyjechałaś?

Przyszliśmy do mnie.
- Obejrzymy jakiś film?- zaproponował.
- No w sumie...
- Może być horror?
Panicznie bałam się horrorów, potem nie mogłam spać kilka nocy z rzędu, mam chyba za słabą psychikę.
- Może być- nie mogłam mu pokazać, że jestem takim frajerem. Teraz tylko muszę nie piszczeć i nie zakrywać oczu poduszką przez całe 80 minut.

Oczami Isco:
Widać, że panicznie boi się horrorów, ale próbuje grać twardziela, co jest słodkie. Hahaha, ale nie powiem, że mi się to nie podoba, chwilami łapie mnie za bark, kiedy ktoś kogoś morduje, a krew tryska na wszystkie strony.
Jest taka inna, wyjątkowa. Głównie dziewczyny same proponowały horrory, żeby cały czas były przytulane, ona próbuje przezwyciężyć strach i stara się jak najmniej pokazywać mi, że się boi.

Obudziły mnie promienie słońca wdzierające się do salonu. Chwila. Od kiedy ja sypiam w salonie? Szerzej otworzyłam powieki i zobaczyłam parę pięknych, brązowych śmiejących się oczu wpatrujących się w moje.
- Dzień dobry.
- Cześć, a co Ty tutaj robisz?
- Rozejrzyj się.
Na białym stoliku stał mój laptop, obok niego miska z pop cornem, my byliśmy przykryci kocem, a moja głowa leżała na jego piersi.
- Zasnęliśmy?
- Na to wygląda.
Zrobiło mi się jakoś strasznie niezręcznie. Szybko wstałam i poszłam do kuchni.
- Jak chcesz, to możesz jeszcze poleżeć- zaproponowałam.
Wyciągnęłam z lodówki jajka i mleko. Może naleśniki? Tak też zrobiłam. 15 minut później mój Isco zajadał się naleśnikami z nutellą i owocami.
Siedzieliśmy u mnie do 11.00 aż nie pojechał do Valdebebas na trening.

Godzina 23.10, dzwoni telefon. To Andreas. Co on znowu chce?
- Halo- powiedziałam beznamiętnie.
- Julía, on leży w szpitalu - jego oddech był szybki, płytki, głos mu się łamał.
-CO?!
- Javier miał...wypadek na motorze, jest w śpiączce.
Jedną ręką wycierałam łzy, drugą pakowałam moje rzeczy w torbę. Zamknęłam drzwi i zaczęłam walić w sąsiednie.
- Co jest? - otworzył i spojrzał na moją twarz wymazaną zapewne tuszem do rzęs.
- Zawieź mnie na lotnisko, szybko!
Nałożył buty, zabrał kluczyki i zeszliśmy na dół.
- Julía, ale co się...
- Nie pytaj mnie o nic, po prostu zawieź mnie na to pieprzone lotnisko- wykrzyczałam nie patrząc się na niego.
W zwykłych okolicznościach zbierałabym zęby z ziemi na widok czarnego lamborgini, teraz nie miało to dla mnie znaczenia. Mogliśmy jechać albo lamborgini, albo starym fiatem z pięćdziesiątego czwartego. 
Całe 15 minut jechaliśmy w ciszy. Jedynie przerywałam ją, żeby go pospieszyć. Już miałam wysiadać, kiedy on złapał mnie stanowczo za nadgarstek, przyciągnął do siebie i pocałował w policzek. Nie wiem, kiedy ktoś ostatnio mnie w niego pocałował. Ostatni był Javier, który leży teraz w szpitalu, ale nie wiem kiedy to było. Wydawało się, jakby to było wczoraj i 10 lat temu zarazem.
- Uważaj na siebie- wyszeptał i mnie puścił.
Kiwnęłam głową i ruszyłam przed siebie.

Oczami Isco:
Nie wiem dlaczego to zrobiłem właśnie teraz. Niby pocałunek w policzek nie jest aż tak znaczący, ale zrobiłem to tak, jakbym miał nie widzieć jej przez kilka miesięcy. W normalnych warunkach zrobiłbym to na spacerze, na kolacji w drogiej restauracji, ale zrobiłem to teraz. Nie wiem co się stało, czemu płakała i dlaczego chciała na gwałt jechać na lotnisko. Nie wiem co się stało, nie chciałem jej drażnić moimi pytaniami. Boję się o nią. Gdziekolwiek poleciała, mam nadzieję, że wróci do Madrytu, wróci do mnie.
 Jadę do domu, dzwonię po kumpla, żeby móc się wygadać, a potem śpię, tylko 3 godziny. Co się z nią dzieje? Jedynie uśmiecham się, kiedy przywołuję obraz, kiedy jest zaskoczona, kiedy chwytam ją za nadgarstek i delikatnie całuję w policzek. Brakuje mi jej ciała, zapachu, jej oczu, kiedy mam ją w ramionach mam wszystko co jest mi potrzebne.

Carmen.
Nie mam już w co wycierać łez, chcę już być w szpitalu. Chcę być przy nim. Chcę być dla niego. Na zawsze.
Uśmiecham się. Dotykam lewego policzka, który pocałował Francisco. Już za nim tęsknię. Chciałabym zadzwonić, ale nie mamy swoich numerów. To dziwne, ale w sumie po co one były nam wcześniej, skoro mieszkamy obok siebie i flirtujemy na balkonie?
 Zadzwoniłam do mamy,  że przyjeżdżam, ale w domu będę dopiero za 24h, cały dzień będę siedzieć przy Javierze.
Pytam recepcjonistki gdzie leży, szukam sali 52, otwieram drzwi. Na krześle siedzi jego mama, obok Andreas. Bełkoczę "dzień dobry" i patrzę na Javiera z zabandażowaną głową, złamaną ręką, rozciętą wargą, rozwalonym łukiem brwiowym, gdzie krew już zaschła i wycieram łzy. Od zawsze kochał motory, były jego pasją. Pamiętam jak chciał mnie zabrać na przejażdżkę, ale zawsze się bałam. Nie bałam się tyle o mnie, co o niego. Zawsze kiedy miał gdzieś jechać błagałam go, żeby uważał na siebie tak jak Isco kilka godzin temu prosił o to mnie.
Po kilku godzinach wybudził się. Potem jego rodzina zostawiła nas samych
- Cześć.
Nie patrzę mu się w oczy. Ostatni raz gadaliśmy rok temu, wtedy kiedy byliśmy parą.
- Hej- chyba się uśmiecha. Zawsze tak słodko się uśmiechał, jego uśmiech współgrał ze śmiejącymi się zielono- brązowymi oczami, w które uwielbiałam się patrzeć.
- Tęsknię za tobą- powiedział ledwo słyszalnie. Przechodzą mnie dreszcze, te same, które przechodziły mnie, kiedy mówił mi to, jak gadaliśmy przez telefon podczas moich różnych wyjazdów. W normalnych warunkach rzuciłabym się mu na szyję i znowu bylibyśmy razem, ale teraz jest Isco. Nie wiem co robić, szumi mi w głowie. Wieczorem zmieniam się z Andreasem, idę do domu, rzucam torbę i biorę zimny prysznic.
Zrobiłam nam kakao i usiadłyśmy w kuchni.
- Mamo co ja mam robić?
- Z czym?
Opowiedziałam jej o Isco tak po krótce. Nie mówiłam szczegółowo, to było naprawdę BARDZO ogólnikowo, nie chciałam żeby wiedziała wszystkiego, bo po co?
- Żartujesz?
- Nie.
- To brzmi jak scenariusz z hollywoodzkiego filmu.
- Prawda?
- Skarbie nie wiem co Ci powiedzieć. Z jednej strony ten cały Isco traktuje cię jak księżniczkę, z drugiej Francisco jest piłkarzem, ma sporo kasy, a tacy to prowadzą niezłe życie. Chodzi mi o zabawy w klubach, panienkach na jedną noc i za miesiąc, czy pół roku możesz być mu obojętna. W tym aspekcie z Javierem jest "bezpieczniej", bo znasz go na tyle dobrze,  że wiesz jaki jest.
- Mamo, on nie jest taki, przesadziłaś z tymi panienkami na jedną noc.
 - Dobrze wiesz, że za bardzo ufasz ludziom. Do tej pory brałaś każdą nowo poznaną osobę na dystans, a teraz stajesz w obronie faceta, którego znasz od przeprowadzki do Madrytu i już weszłabyś mu do łóżka?
- CO? Przesadziłaś...Dobranoc.

Poszłam na górę do siebie spać. Zastanawiałam się,  co by było, gdyby on naprawdę sypiał z jakimiś dziwkami. Z resztą w sumie nie mam nic do tego, bo nie jestem ani jego dziewczyną, ani nikim, żeby rozkazywać mu jak ma żyć. Było mi bez niego źle. Chwyciłam za telefon, ale przecież nie miałam jego numeru. Rano spakowałam się i kazałam przetransportować na lotnisko.
-Co? Już jedziesz? A co z Javierem?- spytał z troską tata.
-Nic. Przemyślałam to. On powoli dochodzi do siebie, a jeśli mam z nim być, to będzie mnie szukał i pogadamy, jeśli będzie mu zależeć, wtedy będę się martwić. Teraz wracam do domu, poszukam pracy i zobaczymy jak wszystko się potoczy-  pocałowałam mojego tatę z policzek. Wiedziałam, że rozumie. Zawsze mnie wspierał, był dla mnie jak przyjaciel.
Kilka godzin później będąc w samolocie zastanawiałam się co powiem Isco. Powiedzieć mu "poleciałam, bo mój były chłopak miał wypadek" czy " nie chcę o tym mówić".
Przyszłam do kuchni, upiekłam tartę z warzywami i wyszłam na balkon. Tym razem nie zapalałam świeczek.
- Julía?
-  Isco?
- Kiedy wróciłaś?
- Przed chwilą.- powiedziałam jak gdyby nigdy nic. Chciałam mu powiedzieć jak bardzo się za nim stęskniłam, jak brakowało mi jego bliskości, ale ugryzłam się w język.
- Jesteś zmęczona?
- Nie, dlaczego?
- Może poszłabyś ze mną na spacer?
Z tobą wszędzie.
- Jasne, czemu nie.

Chwilę później przechadzaliśmy się po nieznanych mi uliczkach stolicy.
- Gdzie byłaś?
- W Brazylii.
- Po co? Czemu tak nagle?
- A czemu dałeś mi buziaka ?- Odpowiedziałam pytaniem na pytanie. Dlaczego to powiedziałam? Chciałam uniknąć więcej pytań o Javiera czy naprawdę mnie to ciekawiło?
- Yyy, bo ja...ja...tak jakoś, przepraszam, nie wiedziałam, że nie chcesz.
- Tego nie powiedziałam.
Uśmiechnął się.
- Ja odpowiedziałem, teraz ty.
- Jedna z bliskich mi osób miała wypadek, musiałam wyjechać. Nie pytaj mnie o to- wymamrotałam.
- Jasne, skoro nie chcesz.
- Nie chcę.
Przystanął i mnie przytulił. W jego ramionach czułam się taka mała, bezpieczna, kochana. Zarzuciłam mu ręce za szyję i staliśmy tak wtuleni w siebie.
- Jesteś dla mnie tak ważna. Tęskniłem, kiedy cię nie było, ciężko było mi zasnąć. Nie mogę bez Ciebie normalnie funkcjonować - szepnął mi w usta i kiedy jego wargi miały się zetknąć z moimi zadzwonił jego telefon.
- Cholera- zaklął. Muszę odebrać, to ważne.
-Odbierz, nic się nie dzieje- Chyba jeszcze do końca nie dotarło do mnie, co przed chwilą miało się stać.
Odprowadził mnie pod drzwi, pocałował w czoło i się rozeszliśmy.


Isco:
Gdyby nie ten telefon...gdyby nie Morata...zabiję go jutro na treningu. Wiem,  że jest tuż za moją ścianą, że jest blisko, ale ściana wydaje się być gruba na kilkaset kilometrów, wydaje mi się, że Julía była tak daleko. Chciałbym, żeby leżała tu, przy mnie. Tak świetnie mi się spało wtedy u niej w salonie, było świetnie, bo ona była obok. W życiu nigdy nie powiedziałem prawdziwego "kocham cię". Dla mnie to słowo ma za duże znaczenie, żeby mówić je od tak i do kogokolwiek. Julia nie była zauroczeniem, wiem to.

Środa, Valdebebas godzina 12.30
- Stary, ja Ci zaraz łeb ukręcę!- krzyknął Isco.
- Mi? Za co?- zaśmiał się Morata.
- Za co? A za to, że mi przerwałeś frajerze.
- W czym? -podniósł jedną brew. - Czyżby w TYM?- Energicznie wykonał ruch biodrami w przód i w tył z rękoma zgiętymi w łokciach  - O stary, sory, faktycznie głupio.
- Spier**laj, nie w TYM, tylko w pocałunku- walnął go w żebra.
- Ale serio?- tym razem Alvaro był poważny
- No. Scenka jak z hiszpańskiej telenoweli. Romantyczny spacer, nasze usta już się mają spotkać, kiedy nagle przerywa nam nie kto inny jak nasz kociak Morata- wszyscy Blancos ryknęli śmiechem
- Chyba powiedziałem to trochę za głośno- zaczerwienił się Isco.
- Isco, 150 pompek - zaśmiał się Ancelotti
- Hahaha trenerze.
- Nie, serio, 150 pompek- Ancelotti był rozbawiony, ale powiedział to na tyle poważnie, żeby Francisco mu uwierzył.
.....
 -148 ,149 , 150- wymamrotał Isco.
- Młody, ty wiesz, że żartowałem ?- spytał Carlo.
Chłopcy tarzali się ze śmiechu.
- No, no, teraz to nam się jeszcze bardziej rozstrzelasz skoro poznałeś dziewczynę- zażartował Zidane.
-  Będzie robić za napastnika, stopera i bramkarza na raz- zaśmiał się Iker.
- A jak tam Sara? Jak znosi ciążę? - spytał Hiszpan.
- A super, dzisiaj o 2.15 byłem w całodobowym sklepie po nutellę i chipsy, to jeszcze nic. Przywiozłem jej to, a ona posmarowała je nutellą i zaczęła wcinać. Nie wiem jak można być w ciąży. - skwitował, na co wszyscy wybuchnęli śmiechem.

Pojechałem do domu, otworzyłem okna i słyszałem jak śpiewa w kuchni.
- No, no, talent kulinarny, językowy, wokalny...czym jeszcze mnie zaskoczysz?- powiedziałem głośno wychodząc na balkon.
Wychyliła się przez okno, miała na sobie fartuszek i nos w mące. Wyglądała uroczo.
- Błagam, słyszałeś to?- zapytała przejeżdżając ręką po twarzy.
- Tak, ale naprawdę masz śliczny głos - uśmiechnąłem się szeroko.
- Spadaj! Następnym razem jak wchodzisz do mieszkania to krzycz "JESTEEEM!", żebym wiedziała, że nie mogę śpiewać, tańczyć, gadać sama do siebie i inne takie.
- Wow, jesteś aż taka dziwna?- zaśmiałem się.
- Miałam cię zaprosić na pierogi, ale wal się przystojniaku- powiedziała z dumą.
- Przystojniaku?- podniosłem jedną brew.
- Przecież jaja sobie robię - powiedziała, chociaż wiem, że to akurat jej się wymsknęło.
- Masz wolny wieczór?- zaproponowałem.
- Nie- uśmiechnęła się.
- Przecież ty tu nikogo nie znasz!
- Spadaj idioto, nie myśl sobie, że jak już ciebie poznałam, to już więcej znajomych mi nie potrzeba- szeroko się uśmiechnęła.
- Dobra dzisiaj o 20.30 - już miałem wychodzić z balkonu.
- No mówię ci, że dzisiaj mam wieczór zajęty- powiedziała poważnie.
- Serio? Myślałem, że się ze mnie zbijasz- powiedziałem z nutą rezygnacji w głosie.
- Serio, poznałam świetnych ludzi na meczu, chcę z nimi poznać się trochę bliżej. Jak tak ci zależy, to możesz wpaść po 18.00, obejrzymy coś czy cokolwiek porobimy, a potem pójdę z nimi. -zaproponowała.
- Z kim dokładnie wychodzisz?
- Nie twoja sprawa- pokazała język i zamknęła okno.

O 18.00 stałem pod jej drzwiami. Mieliśmy oglądać film, ale tak się zagadaliśmy, że nie zdążyliśmy. Ja piłem kawę w kuchni, a ona malowała się w łazience.
- Pokaż się!
- Taaadam!- okręciła się wokół własnej osi.
Wyglądała przepięknie, jak zawsze.
- No całkiem, całkiem panno Gonzaléz.
- Dziękuję bardzo panie Alarcón.
Zadzwonił dzwonek do drzwi. A w nich ukazał się wysoki brunet z niebieskimi oczami, na kilometr czuć było jego tanie perfumy.
- Cześć - pocałował ją delikatnie w policzek.
- Hej, poczekaj, wezmę torebkę i idziemy.
Mimo, że gość odezwał się jednym słowem miałem ochotę przywalić mu w ryj. Niby w Hiszpanii każdy całuje się w policzek na przywitanie, ale czułem się zagrożony. Czy naprawdę Julia mogłaby zostawić mnie dla tego lalusia?
Już wychodziła, kiedy złapałem ją za rękę, popatrzyłem głęboko w oczy i powiedziałem
- Udanej zabawy.
- Dzięki- powiedziała z niepewnym uśmiechem.