Dopiłem kawę, miałem zamknąć jej dom i pójść do swojego mieszkania, ale tego nie zrobiłem. Poszedłem do jej sypialni, tu jeszcze nigdy nie byłem. Jedna wielka ściana obklejona plakatami, naklejkami i innymi rzeczami związanymi z moim klubem. Uśmiechnąłem się. Zajrzałem do jej garderoby, każde ubranie pachniało jej perfumami, miała sporą kolekcję koszulek Blancos, zajrzałem do szuflady, tam była bielizna. Kiedy wyciągnąłem majtki ze świnką z przodu i ogonkiem z tyłu zacząłem się śmiać. Naprawdę dziewczyna nosiła seksowną bieliznę, widać, że ma wyczucie. Zacząłem śmiać się jeszcze głośniej. Koronkowe staniki....damskie bokserki, wszystko mi się podobało oprócz tych majtek- na samą myśl się uśmiechnąłem. Na szafce nocnej stała ramka ze zdjęciem. Ona i chłopak całujący ją w policzek. Wziąłem ramkę w rękę i zastanawiałem się kto to może być. "Isco, weź się w garść, chyba nie zapraszałaby cię do domu, gdzie ma zdjęcia jej faceta czy coś, o ile czuje do ciebie to, co ty czujesz do niej"- no właśnie...a co jeśli ona nie czuje tego samego?
Wyszedłem z sypialni, zamknąłem jej mieszkanie i udałem się do swojego.
O 23.30 zadzwonił mój dzwonek do drzwi, to pewnie ona.
- Cześć- uśmiechnęła się.
-Hej. - powiedziałem niewzruszenie.
- Co się stało, czy...coś?- zapytała.
- Wejdź do środka.
Carmen
Pierwszy raz byłam w jego mieszkaniu. Było świetnie urządzone, zaprowadził mnie do kuchni. Usiedliśmy przy stole, który stał obok wielkiego okna z którego świetnie było widać osiedle.
- To twoje klucze, zamknąłem mieszkanie na dwa zamki- przerwał ciszę.
- Dzięki. Chcesz coś jeszcze mi powiedzieć?
- Nie.
Wychodziłam, ale zatrzymał mnie.
- Carmen?
- Tak? - wróciłam do kuchni
- Co tak długo?
- Co?
- Wychodzisz z tym lalusiem i wracasz prawie o północy. Wypiłaś pewnie ze 4 drinki, co?
- Isco, a co ty masz do tego?
- Nic, poszłaś z kimś kogo nie znasz na drinka, niby nie ufasz ludziom, których nie znasz, a jednak ten frajer robi z tobą co chce- powiedział stanowczo.
- Jeśli chcesz wiedzieć, to nie byłam tam ja i "laluś", było jeszcze 11 osób, tylko on przyszedł po mnie na górę, a reszta czekała przed klatką. To raz, a dwa, to nie monitoruj mojego życia, nie jesteś od tego- warknęłam i strzeliłam drzwiami.
Wzięłam prysznic, poszłam na balkon i zapaliłam. Nie palę z reguły. Robię to tylko jak jestem wściekła, albo smutna. Sporadycznie. Isco wyprowadził mnie z równowagi, uwolniłam się od nadopiekuńczych rodziców, a teraz on wyznacza mi o której mam wracać, z kim wychodzić, ile pić i co pić.
Wzięłam do ręki telefon i zadzwoniłam do Alejandro:
- Cześć, co słychać?
- Cześć siostra, a nic, właśnie miałem iść z kumplami na piwo.
- Ja właśnie wróciłam z libacji- zaśmiałam się.
- Skarbie, zadzwonię jutro, ok? Zaraz chłopaki po mnie przyjdą, a jeszcze muszę się ubrać.
- Luz, trzymaj się kocie- roześmiałam się i zawiesiłam połączenie.
Zgasiłam szluga i zaczęło się. Nie mogę oddychać, czuję jakby ktoś wkładał tysiąc igieł w moje serce. Nie dochodzę już do szafki z lekami, leżę na podłodze, jęczę i płaczę. Nie mogę wziąć oddechu.
Ktoś z sąsiadów zatroszczył się i zadzwonił po karetkę. Godzina 1.20, izba przyjęć, szpital w Madrycie. Dostaję tabletki przeciwbólowe, zastrzyk i robią serię badań. Leżę, na sali jest cicho, wszyscy śpią. Zamykam powieki, słyszę, że ktoś wbiega, otwieram je. To Isco, kurde, tylko nie to.
- Carmen! Carmen, co się stało?!
- Zamknij mordę, ludzie śpią, a ty się drzesz, idioto.
- Mów!
- Zamknij ryj, bo cię zaraz stąd wyproszę, już powinnam to zrobić.
Usiadł i wyczekująco na mnie spojrzał.
Odwróciłam się do niego plecami.
- Idź stąd- wymamrotałam.
- Nie.
- Wyjdź.
- Nie.
- Wyjdź, już.
- Nigdzie się nie ruszam.
Cisza.
- Od kilku lat mam "ataki", nikt o nich nie wie, chyba po za sąsiadem, który zadzwonił po karetkę. Mam wtedy trudności z oddychaniem, kilka dni wcześniej mogę mieć krwotok z nosa, serce mnie strasznie boli i ból jest nie do zniesienia, nie jest to spowodowane wysiłkiem fizycznym, nie, potrafię grać w piłkę 3h i nic się nie dzieje, a bywa tak, że leżę i oglądam filmy, to jest nieprzewidywalne. Okazało się, że to choroba wrodzona, moja mama o tym nie wie, bo to "ukrywało się" do 14 roku życia. Nigdy nie miałam tych bóli przy rodzicach na szczęście, głównie sama chodzę do lekarza, nikt o niczym nie wie- potok słów, powiedziałam to na jednym oddechu.
- Czemu mi nic nie powiedziałaś?!
Usiadłam na szpitalnym łóżku i powiedziałam
- Ależ oczywiście egoisto pieprzony, starasz się prowadzić w miarę normalne życie nawet z tą chorobą, ale kiedy ktoś się o tym dowiaduje, to zachowuje się wobec ciebie, jakbyś miał umrzeć na raka. Nienawidzę współczucia, nienawidzę jak ktoś na mnie chucha, dmucha i przesadnie się troszczy, ty akurat byłbyś ostatnią osobą na ziemi, której powiedziałabym o chorobie, wiesz?- wysyczałam tu w twarz.
- Mała, ja...
- Wyjdź i zapomnij o ty co ci powiedziałam, Ty nic nie wiesz.
- Nie wygłupiaj się, Carmen ja...
- Wyjdź, bo zaraz zawołam lekarza, żeby ci w tym pomógł- powiedziałam ocierając łzy.
Spojrzał mi w oczy i wyszedł bez słowa.
Rano wyszłam ze szpitala, dali mi 3 opakowania tabletek i wróciłam do mieszkania. Wzięłam długą kąpiel, ubrałam się, pomalowałam, uczesałam i robiłam Kastylijską zupę czosnkową. Sięgam po oliwę z oliwek, która stoi w zielonej szklanej butelce, czuję jak ktoś obejmuje mnie od tyłu w pasie i kładzie głowę na moim ramieniu.
- Nie zamknęłaś drzwi- usprawiedliwił się szepcząc mi do ucha. Nie słyszałam jak wchodzi.
Odłożyłam oliwę, odwróciłam się do Hiszpana i popatrzyłam mu w oczy. Był smutny, jeszcze nie widziałam go takiego. Chciał coś powiedzieć, ale położyłam palec na jego usta i wtuliłam się w jego tors.
Ujął moją dłoń i ją pocałował.
- Przepraszam za wczoraj- wybełkotałam.
- To ja jestem kompletnym idiotą, nie obwiniaj się. - Julia ja muszę wyjechać na tydzień.
- Wiem- skwitowałam nie puszczając go.
- Co?
- Masz zgrupowanie, jesteś powołany przez del Bosque. Nie zapominaj, że jestem madridistką.
- Chciałbym cię zabrać ze sobą- pocałował mnie we włosy.
- Może przeżyję te 7 dni bez ciebie- uśmiechnęłam się.
Pocałował mnie w policzek i powiedział, że idzie się pakować. Przyszedł się pożegnać, staliśmy tak wtuleni w siebie dopóki ktoś nie zatrąbił. "Isco!! Chodź, bo zaraz będzie przypał, pojadą bez nas!"
- Morata?- oderwałam się od Hiszpana i spojrzałam przez okno. To był on, Alvaro, którego podziwiałam zawsze w telewizji, ten gość, który myślę, że w przyszłości zajdzie daleko, uważam, że ma potencjał. Ten gość stał 6 pięter niżej. Wow.
- No - zaśmiał się. - Idę już, czekaj- rzucił mu swoje torby przez balkon, przytulił mnie i szepnął : uważaj na siebie, będę dzwonić.
- Ej!- krzyknęłam jak już był za drzwiami. Wrócił się.
- Już się stęskniłaś?
- Nie? Nie mam twojego numeru debilu.
-Wziął mój telefon, zrobił sobie zdjęcie, wpisał numer i powiedział:
- To teraz już masz.
Zrobiłam to samo z jego iphonem i zniknął za drzwiami.
Ubrałam się w dresy, nałożyłam buty do biegania, włosy spięłam w kucyk, zabrałam słuchawki i poszłam pobiegać. Zniknęłam na kilka godzin, zaczęłam poznawać Madryt. Jutro ruszę dupę i zobaczę Plazę de Cibeles, Metropolis, Puente de Sigovię, Plazę Mayor....Puerta del Sol odpada, to już zobaczyłam...tam umówiłam się z Isco na pierwsze spotkanie. Kiedyś podziwiałam te miejsca w internecie, teraz są to miejsca, obok których mogę przechodzić tysiąc razy.
Jest późna noc, siedzę w wannie pełniej piany, płatków róż, światło jest zgaszone, palą się tylko świeczki, a w dłoni trzymam lampkę wina. Idealnie. Chłopcy pewnie już zakwaterowali się w hotelu.
Sewilla, hotel Murillo, 2.20 piątek.
- Stary, chodź gramy w fifę na dole w hotelu!- zawołał Morata
- Nie idę.- beznamiętnie rzucił Isco.
- Bo?
- Bo nie mam ochoty.
- Tak, siedź tu sam, zamknij się i nie wychodź. Stary, wyluzuj.
- Dobra, daj mi 10 minut na ogarnięcie.
Ciekawe co teraz robi? Śpi? Pije? Słucha muzyki? Chcę do niej zadzwonić, ale jest za późno, może ją obudzę.
- No proszę Alarcón! Wygrałeś ze mną- zrezygnowany Alvaro usiadł na kanapie.
- No także tego- zaśmiał się.
- Co ty tak siedzisz z tym telefonem, przyczepił ci się do rąk?
- Wal się Morata- zaśmiał się trochę nerwowo.
- Tęsknisz, co?- spytał całkiem poważnie.
- Może trochę, jakoś dziwnie jest mi ją zostawiać samą w Madrycie. Ale jestem profesjonalistą, jedyne na czym muszę się skupić do treningi i mecze.
- Tego się trzymajmy- Alvaro szturchnął kumpla w ramię.
- Morata, żałuję, że jeszcze jej nie pocałowałem, jeszcze nie pokazałem jak bardzo mi zależy...
- CO?! Nie mów, że jeszcze tego nie zrobiłeś!
- Mówię...
- Ja tu już podejrzewałem, że spędzacie ze sobą noce i takie tam pierdoły, a wy na etapie...żadnym etapie, stary.
- Wiem. Oj Alvaro, to nie jest takie łatwe.
- Nie jest? Jeśli ty tego nie zrobisz, to zrobi to ktoś inny, czaisz? Ona pomyśli, że bawisz się z nią w kotka i myszkę, weźmie sobie odpuści i jeśli rzeczywiście jest taka cudowna jak mówisz, to na pewno szybko znajdzie pocieszenie w innych ramionach.
- Stary, z nią oglądasz mecze jak z kumplem. Wyciąga czteropak z lodówki, rozsiada się, gadasz z nią jakby była chłopakiem, na luzie, świetnie zna się na piłce, jest wyjątkowa. Mówię do niej "chcesz coś do jedzenia ?", a ona "Isco, nie przeszkadzaj mi jak oglądam mecz".
- Nie wierzę.
- Pamiętasz swoją byłą? " Ojej, trener zawołał Kristjano Ronalto na ławkę? ojej, on był taki SEKSI!"
- Isco, skończ, nie przypominaj mi o tym- przejechał ręką po twarzy i zaczęli się śmiać.
Ja: " Młoda, już dojechaliśmy, zaraz idziemy spać. Miałem cię nie budzić, ale myślałem, że może się martwisz. Dobranoc kocie♥"- wystukałem i wysłałem.
Carmen : " Nie śpię, maluję paznokcie :) No to dobranoc ♥ " - od razu łatwiej było mi zasnąć.
Zasnęliśmy z Moratą chyba po 3.00, dokładnie opowiedziałem mu o Julii, o nas, wszystko od początku.
Sobota wieczór:
Byliśmy już po treningu, chciałem usłyszeć jej głos...Nerwowo wybrałem numer.
Sygnał, dwa sygnały, trz...
- Cześć - usłyszałem w słuchawce
- Cześć, jak się bawisz beze mnie?- zaśmiałem się.
- Bajecznie, w końcu nikt nie skrada mi się do mieszkania, nie wyciąga mnie gdzieś co wieczór i nie...Isco?
- Tak?
- Zostawiłeś klucze u mnie? Chyba leżą w przedpokoju, poczekaj.
- Nie możliwe- słyszałem jej kroki.
- Leżą na szafce, zostawiłeś je- zaśmiała się.
- TYLKO NIE WAŻ MI SIĘ WBIJAĆ DO MNIE NA CHATĘ!
- Aaaa, czyli ty możesz przesiadywać u mnie do woli, a ja nawet nie mogę ci podlać kwiatków?
- Nie.
- Spadaj, zrobię co zechce- wybuchnęła śmiechem. - Kto ma klucze ten ma władzę- dokończyła.
- I cycki.
- Co? hahahahahahaha, masz rację, tęskni mi się za tobą- powiedziała pół poważnie, pół żartem.
- Mam dla ciebie niespodziankę, czekaj do piątku. Muszę kończyć, zaraz chyba gdzieś wychodzimy. Dobranoc mała.
- Trzymaj się- szepnęła do słuchawki i się rozłączyła.
Carmen
Nie wytrzymałam. Moja ciekawość wygrała, zabrałam klucze i wśliznęłam się do jego mieszkania. No tak , byłam jedynie w kuchni wtedy, kiedy opieprzał mnie za wychodzenie ze znajomymi. Otworzyłam drzwi sypialni...miał ogromne łóżko z czarną, atłasową pościelą na którym leżał srebrny laptop, sporą dwudrzwiową szafę z lustrem, dużo plakatów, rzeczy związanych z klubem...."sypialnia przypomina trochę moją"- zaśmiałam się w myśli. Wyszłam na balkon, ten na którym w sumie narodziła się nasza znajomość. Faktycznie musiał widzieć mnie bardzo dobrze. Nie chciałam wracać do siebie, zabrałam kilka rzeczy i dzisiaj zostałam na noc u niego w mieszkaniu. Atłasowa pościel pachniała nim, poduszka jego szamponem, nie wiem kiedy zasnęłam.
Wstałam rano, zrobiłam zakupy i zabrałam się za robienie paelli, najbardziej hiszpańskiego z hiszpańskich dań.
- Halo, Isco?
- Cześć, co się stało?
- Tak- dramatycznie zawiesiłam głos...
- CO?!
- Ej, masz szafran u siebie? Robię paellę, nigdzie nie mogę go znaleźć- powiedziałam poważnie.
- Zabiję cię, więcej mnie tak nie strasz, dolna szuflada po lewej i....jesteś w moim mieszkaniu?
- Yyyy tego nie powiedziałam.
- Powiedziałaś - zaśmiał się.
- Nie!
- Dobra...tak gramy? Mam na ciebie haka.
- Mhm, jasne, niby jakiego?
- Nosisz bardzo seksowną bieliznę, zaliczam do niej też majtki ze świnką. Trzymaj się - roześmiał się i zawiesił połączenie.
Hahahaha matko, on to widział? Jaaaki wstyd. Ej...czyli też szukał po moim pokoju....no nic, pogadam sobie z nim na ten temat jak wróci.
Po godzince zajadałam się pysznym obiadem i w między czasie zastanawiałam się nad przyszłością. Kontynuować studia? Zacząć pracę? Jeśli studia to kontynuować kierunek, który zaczęłam w Brazylii? Jak praca to gdzie? Nie mam pomysłu.
Poniedziałek, godz. 6.30
Nalewam sok pomarańczowy do wysokiej szklanki, opieram się o wielkie okno w kuchni mojego Isco, Madryt się budzi, spoglądam na ludzi, którzy biegną do pracy, na samochody, których jest coraz więcej na ulicach, spoglądam na swoje niewyraźne odbicie w szybie. Czym jest szczęście? To nowy samochód, mieszkanie, telefon? To miłość, uczucie, emocje? Czy jestem szczęśliwa? Jestem, w pewnym sensie. Zamieszkałam w Madrycie, czuję się wolna, niezależna, mam oparcie w Isco i.... a co jeśli to się zmieni? Jest piłkarzem i to nie jakiejś podwórkowej ligi, czy nawet gdybyśmy byli razem, dałabym radę tak żyć? Czy dałabym radę siedzieć tydzień/ dwa w pustym mieszkaniu? Przecież ma mecze, zgrupowania, treningi, konferencje. Co jeśli zmieniłby klub? Czy zostawiłabym Madryt, żeby przeprowadzić się z nim na drugi koniec świata? Nie wiem. Pozostałe cztery dni były takie same, monotonne.
Wieczorem poszłam się przejść. Słyszę kroki, ktoś za mną idzie. Super, mam nawet fobię. Przyśpieszam mimo to. Kroki za mną robią to samo. Nie mam odwagi spojrzeć za siebie. Zmierzam do centrum, tam jest więcej ludzi, latarni, boję się. Bardzo. Idę wolniej, kroki powtarzają czynność po mnie. Zatrzymuje się. Kroki ustają. Odwracam się gwałtownie.
- A ty gdzie się wybierasz?
Rzucam się na niego, całuję w policzek, powinnam go opieprzyć, że mnie straszy, ale teraz to nie istotne. Trzyma mnie mocno, w końcu jest. Przeczesuję palcami jego miękkie włosy, w końcu odrywam się od niego i patrzę mu w oczy.
- Odpowiedz mi- zaśmiał się.
- Przed siebie, zachciało mi się spaceru.
- Chodź, zabiorę cię w fajne miejsce- zaśmiał się.
Po 40 minutach byliśmy na miejscu. Punkt widokowy, cały Madryt jak na dłoni. nocą. Wiedział jak bardzo kocham noc, jak kocham miasta o tej porze. Nie mogę nacieszyć oczu, nacieszyć się jego obecnością.
Nagle wyciąga czarne pudełeczko, podaje mi je i mówi
- Wszystkiego najlepszego- po czym całuje mnie w policzek.
- Z jakiej racji?
- Imienin?
- Ja mam imieniny?- szeroko otworzyłam oczu. Zaśmiał się.
- Masz- popatrzył na mnie z rozbawieniem.
Patrze się podejrzliwie na niego i otwieram prezent. Złoty łańcuszek z napisem "Madridista", o kurde.
- Isco, nie mogę go przyjąć.
- Nie wygłupiaj się.
- To ty się nie wygłupiaj, Isco, zabierz go.
- Nie, to dla ciebie.
- Weź, błagam.
- A lubisz mnie?
- Lubię.
- To go weź. - Założył łańcuszek na szyję, był cudowny.
- Nie, Isco, zdejmij go. On musiał kosztować fortunę, Isco, proszę.
- Zamknij się w końcu- śmieje się i obejmuje mnie w pasie.
- Tęskniłem, wiesz? Nigdy się tak nie czułem- przerywa milczenie.
Uśmiecha się, nikt nie uśmiecha się piękniej od niej, nikt.